sobota, 27 grudnia 2008

ignorant-olewacz

Psychologia wyróżnia około pięćdziesięciu różnych kompleksów - to ciekawe, chociaż z drugiej strony jakby się tak bardziej nad tym zastanowić, to nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Kompleksy każdy z nas miał, ma i mieć będzie, bo przecież nikt nie jest doskonały - a jak myślisz, że jesteś, to prawdopodobnie również wynika z jakiegoś rodzaju kompleksu. I tak źle i tak niedobrze. Najlepszą metodą walki z kompleksami jest powszechnie znana ignorancja. Gdy czujemy, że nadchodzą należy przyjąć pozycję siedzącą, odpalić papierosa, pomyśleć o czymś przyjemnym i mieć generalnie wszystko w dupie. Nie dajmy się zmanierować, nie dajmy kompleksom zatriumfować. Zaprzyjmy się w sobie i już. Byle nie za mocno.

Czasami bywa to niesamowicie trudne. Tym lepiej! Im wyższa poprzeczka tym człowiek bardziej cierpliwy i zahartowany. Stopień trudności zależy przeważnie od otaczających nas osobników. I płeć, nie ma tu większego znaczenia. Każdy osobnik z workiem kompleksów porównuje siebie do ciebie, ciebie do siebie, i tak w nieskończoność. Na początku sprawdza walory zewnętrzne, rzuca okiem na ubranie, buty, włosy, paznokcie i inne duperele. Następnie odpływa w świat marzeń, zarysowuje w powietrzu własną sylwetkę i często nieświadomie zaczyna porównywać. Tego rodzaju porównania z reguły nie są groźne, mało tego, często mają nawet moc zbawczą. W szczególności, gdy po krótkiej analizie dochodzimy do wniosku, że i tak w sumie wyglądamy o niebo lepiej. Ale kompleksy zewnętrzne nic się mają do tych wewnętrznych, charakternych, mocnych i przerysowanych. Osobników z takimi kompleksami trudno zmienić, ba nawet trudno ich znieść. Ten co takich nie ma, nie zrozumie. Najgorszym z najgorszych jest kompleks niższości. Osobniki te często obserwują ukradkiem życie innych, patrzą na dokonania, przebyte kursy, podróże i krew ich zalewa, że to nie oni. Sami najczęściej mają, o dziwo, lepiej. Lepsza praca, perspektywy na przyszłość, więcej znajomych, imprezy, szmery bajery, ale kompleks nie pozwoli na samospełnienie. O nie! Trzeba się nieustannie nakręcać, nieustannie coś u kogoś sprawdzać. - O proszę, on/a się teraz uczy, potrafi to i tamto. Kurwa mać! Ja też muszę. Ale zaraz tylko mnie to raczej nie interesuje hmm.. nie ważne. Zapiszę się i zrobię. A co! I tak w koło Macieju. W psychologii nazywają to "powrotem do jądra kompleksu", co wywołuje niepokój, wstyd, a nawet lęk. Wtedy jesteśmy zwyczajnie zgubieni, dosłownie wychodzimy z siebie. Zaczynamy obmyślać strategię działania. Siadamy obok konkretnego osobnika, zajmujemy pozycję otwartą, sprawdzamy czy usłyszy, czy jest w zasięgu i zaczynamy rozmowę, ale nie z nim bezpośrednio tylko z kimś obok bądź na przeciwko. Wszystko musi być zapięte na ostatnio guzik. Bierzemy silny wdech, prawie dławimy się nabranym powietrzem i w tany. Opowiadamy co nas ostatnio "zainspirowało", czym się aktualnie zajmujemy, a ponieważ jest to dokładnie to, co robi osoba obok więc tym łatwiej napuszyć się i zaspokoić choć odrobinę własne wygłodniałe ambicje. Z zewnątrz wygląda to co najmniej żenująco, ale dla nas nie ma to większego znaczenia. Najgorzej gdy osobnik obok zachowuje pozycję ignoranta-olewacza. Z takim to już wygrać się nie da.



"Istniejące kompleksy wywierają silny wpływ na zachowanie jednostki i wyrażają się w różnorakich dążeniach, obawach, postawach wobec otoczenia oraz nerwicowych reakcjach".

środa, 17 grudnia 2008

nerwica niekontrolowana

Pakuję walizki i jadę na dwa tygodnie do Polski. A co! Jestem przeszczęśliwa. Boję się tylko o mojego kochanego Szatka. Mój mały kotek zostanie sam w pustym i zimnym mieszkanku. Mam nadzieję, że nic jej się nie stanie. Jeśli coś, to pozabijam!

Angole coraz bardziej działają mi na nerwy, mam wrażenie że moja nerwica z dnia na dzień coraz bardziej się powiększa i rozrasta do niewyobrażalnych wręcz rozmiarów. Stan tzw. wkurwienia permanentnego dopada mnie co najmniej raz dziennie. Wczoraj myślałam, że podpalę blok i rzucę się na gówniarstwo przesiadujące od jakiegoś czasu pod moim oknem. Wyszłam, pozdrowiłam odpowiednio kolorową ekipę współczesnej młodzieży, na koniec rzuciłam kilka bluzgów w rodzimym języku i na uspokojenie wypaliłam 2 papierosy w tempie bardziej ekspresowym niż normalnym. Po kilku minutach gównarzeria łaskawie zmieniła lokum udając się w nieznanym mi kierunku. Po drodze pokopała kilka samochód i opluła sąsiednie chodniki. W 2009 kupuję sobie broń lub co najwyżej siekierę z podwójnym ostrzem!!! I znowu się wkur….!!!!!!!!!!!!!!!

Do białej gorączki doprowadza mnie również sąsiadka z góry, która od rana do nocy przechadza się po domu w chodakach albo w butach na obcasie. „Lubimy się” chyba tak samo, bo co jakiś czas rzucamy w swoim kierunku najznakomitsze słowa a czasem nawet zdania podwójnie złożone. Bożeeeee zaczynam powoli oswajać się z myślą, że już niebawem sen o zamkniętym oddziale psychiatrycznym przestanie być tylko snem….

Dobra koniec narzekania.

Idę poprzytulać Szateńka.


wtorek, 2 grudnia 2008

firemka

Mój kontrakt powoli się dopala, został jeszcze tylko fragment strony siódmej – ostatniej, a potem do widzenia, spierdalaj i wynocha więc jak przystało na osobę opanowaną o wielce wysokiej kulturze osobistej zachowam kamienną twarz i zamknę za sobą ten rozdział. Już od jakiegoś czasu miałam przeczucie, że moja firemka powoli się zapada. Nuda wtargnęła w każdy zakamarek naszego drewnianego strychu. Cóż, bywa, raz „pod” raz „nad”. Teraz „pod” w oczekiwaniu na to nagłe „nad”. Zima mi nie sprzyja. Oj nie…

Powoli rozglądam się za studiami, jedne już nawet znalazłam, jeszcze tylko zdam egzamin i kto wie, może już niebawem wkroczę na drogę rozwoju i powszechnej edukacji.

Tymczasem pomagam bezdomnym. Tak wiem, zimowa depresja. Byłam co prawda dopiero dwa razy, ale zamierzam kontynuować. Przychodzą do mnie pogadać, albo proszą żebym im załatwiła jakieś dokumenty. Dzwonię na policję, zgłaszam kradzieże, rejestruję, szukam dla nich pracy (o ironio!) lub tylko rozmawiam. 80% stanowią Polacy, reszta to delikwenci z Rumunii albo z samej Anglii. Prawie wszyscy śpią na ulicy…

Chyba się starzeję.

wtorek, 4 listopada 2008

zapal świeczkę

Za Babcię, co zawsze narzekała i nieustannie umierała. Za jej wspaniałego karpia, kotlety mielone i dziwną słabość do…coca-coli. Za jej gęste białe włosy, miękkie policzki i ciepłe kapcie. Za moją Babcię, która zawsze była mi bardziej dalsza niż bliższa, ale za którą dziś tęsknię. Za te wymuszone „rodzinne” spotkania i niedzielne obiady z rodziną na którą patrzeć nie mogłam i nie chciałam. Za jej pokraczną choinkę i prastare bombki. Za stare skrzypiące meble, palmę w pokoju, rogi łosia na ścianie i zdjęcia z Australii.

Za Twoją samotność. I za moją niewiedzę.

Za Dziadka, surowego, zamkniętego w sobie, ze skłonnością do przesady i wyolbrzymiania. Za jego wybuchową osobowość, cienkie ściśnięte ze starości usta i zaoraną zmarszczkami twarz. Za jego wielkie PRL-owskie okulary i piękną skórzaną teczkę. Za czerwonego malucha zaparkowanego pod kamienicą i za grzebień, który kupiłam mu pod choinkę gdy miałam 9 lat.

I za to, że nie mogłam Cię pożegnać tak jakbym tego chciała, Dziadku.

Za Daniela i za jego dziecinną twarz. Za te wieczne zaspane i uśmiechnięte oczy, jasne włosy i czarną bluzę z kapturem. Za pamiętne imprezy w mieszkaniu na Grochowie, za jego naiwność i skłonność do różnych dziwnych uzależnień. Za muzykę, której nie miałam szansy poznać i za nasze reytaniackie palenie na skwerku.

Za Ciebie Daniel.

Za Karolinę, której nie lubiłam i na którą miałam uczulenie i alergię. Za jej dziwny śmiech, ładny głos i kręcone długie włosy. Za jej sweterek, mały różowy samochód i licznych adoratorów. Za nasze palenie w kiblu na parterze i wspólną wyprawę do Gal Mok, gdzie nie potrafiłaś ruszyć z ręcznego na górce.

Za to, że nie przyszłam.

Za Grzesia i za jego piegowatą twarz. Za to, że mogłam Cię poznać i polubić. Za Twoje cudownie zbudowane ciało i lśniące białe zęby. Za błękitne oczy i rozbrajający głos. Za Twój nóż, złość i nieprzewidywalne zachowanie. Za to, że do mnie przyjechałeś. Za Jezioro, za Twój dotyk i za Twoje ciężkie 3 lata. Za bieganie pod babcinym blokiem, fajerwerki i za niewysłaną pocztówkę.

Grzesiu, po prostu za Ciebie.

Za drugiego Dziadka. Za Jego ciężkie umieranie i pożerającą chorobę. Za Twój ból, strach i za odejście. Miałam wtedy przyjechać. Za Twoje zaczesywane na bok włosy i białe koszule. Za jagodzianki, kanapę w pokoju i obrady sejmu. Za krzyżówkę, totolotka i za to, że nauczyłeś mnie rysować konia, kurę i czajnik. Za to że byłeś taki niedostępny, zamknięty w sobie i samolubny. Za alkohol, wspólne święta i za działkę na której spędzałeś całe dnie. Za to, że raz jedyny usłyszałam z Twoich ust komplement. Za firanki, miód, balkon, dżemy i powidła. Za mleko, piwnicę i Twoje pomarszczone ręce.

I za to, że nie chciałeś odejść. A odszedłeś.


...I za Rysia. Bo tylko on umiał śpiewać bluesa.

środa, 22 października 2008

w spodniach

Nigdy nie chciałam wychodzić za mąż i nadal uważam to za rzecz zbyteczną. Ta cała maskarada, loki, koki, kiecki, buty i welony doprowadzają mnie na skraj wymiotów. Moja Iza powiedziała mi całkiem niedawno, że teraz w modzie jest życie w konkubinacie. W modzie? Być może. Nigdy się nad tym nie zastanawiam. Może nareszcie jestem trendy.

Z podziwem patrzę na koleżanki bliższe i dalsze, które z radością pokazują mi swoje piękne bądź co bądź pierścienie zaręczynowe. Ten złoty, ten srebrny a ten z dużym brylantem. I dobrze. Cieszę się szczęściem moich znajomych. Widzę jak dużą sprawia im to radość. Być może kiedyś, gdy sama zostanę naznaczona „piętnem” połyskującego pierścienia, doznam nagle jakiegoś dzikiego olśnienia i dotyku szczęścia. Być może tak się i stanie. Tego nie wie nikt. A jak na razie cieszę się z tego co mam. Zresztą co ja wypisuję przecież niedawno w chwili słabości sama oświadczyłam się panu X, który z miną poważnego informatyka stwierdził, że jak zwykle przesadzam. Cóż moje drogie panie. Dla przekory do ślubu pójdę w pięknych atłasowych spodniach. Bardzo nie lubię sukienek.


poniedziałek, 20 października 2008

na górze

Wczoraj w nocy byłam u sąsiada z góry. Stał przed niedużym lustrem czesząc swoje przerzedzone włosy. Widziałam też jak się goli. Szybkim i pewnym ruchem ręki zabijał czarny nieproszony zarost. Przed wyjściem wypił jeszcze kubek herbaty, pocałował żonę i wyszedł z domu zapalając po drodze papierosa.

Widziałam wszystko. Każdy szczegół i każdy element. Nic nie uszło mojej uwadze. Nic. Pierwszy raz w życiu dusza oderwała się od ciała i leciała ponad pokojami przekraczając granice wyobraźni. Płynęłam, skakałam i obracałam się w powietrzu wodząc palcami po suficie i konturach szafy.

Nagle domem wstrząsnął potężny huk. Na zewnątrz, właśnie na dobre rozpętała się wichura. Popatrzyłam na siebie z oddali. Widziałam dokładnie mój przerażony wzrok i fragment kolorowej pidżamy w paski.

A jednak mnie tam nie było. Byłam przecież na górze. Na górze u sąsiada.

Czy to był tylko sen?

czwartek, 16 października 2008

stary chodnik mocno śpi

Od dwóch dni dryfuję na uśpionym morzu. Nie zarzuca, nie buja i nie kołysze. Wszystko jest na swoim miejscu - przymocowane i przywiercone grubą śrubą do ziemi. Maszeruję normalnym, równomiernym krokiem, nie chybocząc się przy tym i nie wyginając na wszystkie strony świata. Ciągle tylko obserwuję i patrzę. Najbardziej intryguje mnie chodnik. Piękny cudowny chodnik! Nareszcie przestał falować i nabrał bardziej chodnikowych kształtów. Stąpam po nim ostrożnie, wolno, byle go nie wystraszyć, byle nie obudzić. Nie wiadomo przecież co też takiemu chodnikowi może wpaść do głowy. Jeszcze się rozłości i w zmowie z horyzontem zawiśnie do góry nogami.


Stary chodnik mocno śpi…

Stary chodnik mocno śpi…

My się go boimy na palcach chodzimy,

Jak się zbudzi to nas zje…

Jak się zbudzi to nas zje…

poniedziałek, 13 października 2008

czary-mary

Mój Mal de Debarquement znowu nie daje mi spokoju. W weekend pojawił się ze zdwojoną siłą. Jestem wykończona. Do kołysania dołączyły jeszcze mdłości i potworny ból głowy. Boję się wychodzić z domu, boję się metra, ludzi i ruchomej ulicy. Boję się dosłownie wszystkiego. Dziś nie poszłam do pracy, nie mogłam. Nie dałam rady. Walczyłam aż do stacji metra, a potem poddałam się chorobie. Wywieszam białą flagę i podnoszę ręce do góry w geście bezradności i cierpienia, którego nie da się wyrazić słowami.

Byłam dziś w przychodni, wypełniłam formularz i usiadłam bezwładnie w poczekalni. Lekarza najwcześniej zobaczę w piątek - muszę poczekać aż zawisnę w systemie przychodnianym. Ciekawa jestem co też takiego trzeba zrobić, żeby znaleźć się w tym przeklętym systemie rejestracyjnym - być może jest to jakaś niezmiernie skomplikowana procedura, takie kurwa angielskie czary-mary.

Do piątku muszą wystarczyć mi ćwieczenia. Siadam, wstaję, siadam, wstaję...

czwartek, 9 października 2008

sztorm

Od prawie tygodnia jestem na Wyspie. Kręcenie, które w Polsce zdawało się bezpowrotnie skończyć zaskoczyło mnie ponownie w kilka godzin po przyjeździe do Londynu. W pracy udaję, że jest świetnie. Zdaję się nie zauważać kołyszących się biurek i wirującej pstrokatej podłogi. Najgorzej jest jednak w nocy, boję się, że wyskoczę z ciała i będę patrzeć na siebie z góry, przelatując w panice pomiędzy pokojami. Opracowałam nową technikę, która przywraca mi chwilowy spokój - raz po raz szczypię się a to w rękę a to w policzek, by poczuć ból własnego ciała. To mi pomaga.

Ostatnio pan X wraca z pracy nieco wcześniej. Patrzy jak leżę w łóżku gapiąc się z przerażeniem w sufit. Codziennie siedzi przy mnie, gdy zasypiam i zapewnia, że nie wyskoczę z ciała i nadal będę żyć. To też mnie uspokaja. Nawet bardzo. Świadomość nadejścia kolejnego dnia jak nigdy dotąd napawa mnie niepojętym optymizmem.

Tak bardzo nie chcę latać pomiędzy pokojami…

Dochodzi 21:00 a ja zaraz kładę się do łóżka. Postaram się zasnąć sama, bo dziś czuję się nieco lepiej. Kołysze tylko trochę – jak na spokojnym, ale ciągle nieprzewidywalnym morzu. Siła natury.

Tylko żeby jutro znów nie było sztormu…

poniedziałek, 29 września 2008

powrót

Powoli wracam do rzeczywistości. Z podwodnych rozchuśtanych czeluści wypływam na powierzchnię normalnosci i stabilizacji. Ląd zaczyna być lądem, nogi nogami, a głowa nie przypomina już 100 kilogramowego głazu. Co prawda nie mogę jeszcze prowadzić samochodu ani napić się choćby małego zimnego piwa, ale gdy idę na spacer wiem i czuję, że idę o własnych siłach i na własnych nogach. Po prawie 4 tygodniach kołysania mam wreszcie kontrolę nad własnym ciałem. Powracam zza światów trochę spokojniejsza, łagodniejsza i bardziej niż kiedykolwiek ceniąca sobie zdrowie.

Nadal jestem w Polsce. Ale teraz to juz tylko kwestia dni. Za moment znowu wracam na Wyspe.

piątek, 19 września 2008

oczopląs

Wrócłam w końcu z mojej wymarzonej wyspy. Po tygodniu urlopu czuję się jak po intensywnym kursie nurkowania w jakimś podwodnym świecie o unienormowanym cieśnieniu. Jestem wykończona. Snuję się bezwładnie po domu albo zawieszam wzrok w nieznamym mi kierunku. Od tygodnia czuję się..hmm… właściwie nie wiem jak się czuję. Ola pewnie zabiłaby mnie za to „nie wiem”, którym dręczyłam ją podczas całego pobytu. Bo jak tu komuś opisać jednym słowem, potworny ból głowy z migotaniem obrazu i zawrotami głowy. Dość trudno. Czuję się jak w przysłowiowej dupie, zupełny brak kontroli nad własnym ciałem. Sytuacja pogarsza się wieczorami i w małych zamkniętych pomieszczeniach – mam wtedy wrażenie, że ściany podąrzają w moim kierunku by za chwilę runąć mi na głowe. Sny – zupełny odjazd, jak po grzybach, same koszmary, dziwne twarze powykrzywiane i zapadnięte. Mikstura powojennych horrów z szatańskim balem maskowym. Meksyk.

Zaprzyjaźniony pan lekarz postawił dość zabawną dla osób trzecich diagnozę: śladowy oczopąs i zachwianie błędnika. Ma minąć po lekach.

Na razie nie mija. Boję się.

My śl o mnie.

wtorek, 2 września 2008

miało być, a nie ma

W najbliższy poniedziałek lecę na Thassos i choć nigdy wcześniej nie słyszałam o tym dziwnym miejscu to jednak cieszę się jak dziecko. Perspektywa wypoczynku i leżenia bezsensu na leżaku jest dla mnie niczym kufel zimnego piwa w upalny dzień. Kupiłam dwa kostiumy. W pierwszym wyglądam jak hmm no jak kobieta, natomiast w drugim jak prawdziwa polska kłoda bądź dębowa deska. Mój niby biust ostatnimi czasy jeszcze bardziej się pomniejszył, ale czy to ma dziś kurwa jakiekolwiek znacznie? Dla mnie na przykład żadnego.

oczy

Nowym mieszkaniem nie nacieszyłam się długo. Już po niespełna miesiącu wprowadziła się do nas siostra pana X. Z wielkimi walizkami na kółkach i z mnóstwem bezsensownych tobołków wkroczyła w mój mały, intymny świat. Przywiozła ze sobą krzesła, koce i niezliczoną ilość pudełek – uwielbia pudełka! Mój mały domek przypomina teraz napakowany stary motel albo coś w rodzaju „atrakcyjnego” domu spokojnej starości. W kuchni mamy całą szafkę dżemów, i innych „niezbędnych” misek i miseczek. Wszędzie jakieś szpargały i inne zajebiołki, ale nie mogę narzekać. Szkoda mi jej. Po dwóch latach wegetowania w związku z pewnym Anglikiem, doszła w końcu do wniosku, że należy raz na zawsze zakończyć w końcu tę dziwną relację. I choć codziennie chodzi zamyślona i jakby nieobecna to jednak ma dość siły by snuć ciekawe plany i obmyślać inne szalone receptury na coraz to nowe powidła i inne takie. Dlatego poddałam się bezgranicznie. Lubię jej oczy.


londyńska dupa

W październiku mija rok. Całe dwanaście miesięcy, rozemocjonowanych i powykręcanych zdarzeń, które raz na zawsze zmieniły moje życie. Czasem sama sobie zadaję pytanie, jak to jest właściwie możliwe, że wytrzymałam tu tyle czasu. Chyba po prostu zamieniłam się w jedną wielką kupę ignorancji. Nauczyłam się nabierać dystansu, patrzeć na życie z oddali i mieć generalnie wszystko gdzieś. Być może nie znalazłam się tu bez powodu, być może ta londyńska dupa na coś mi się w końcu przyda. Nie wiem. I wiedzieć nie chcę.

I jak na ignorantkę przystało – mam to wszystko głęboko w dupie. W londyńskiej dupie.

środa, 20 sierpnia 2008

panna nikt

Grzywka zakryła połowę mojej twarzy. Chciałam być jak najbardziej anonimowa. Taka „panna nikt” dla ludzi w metrze, w wagonie, na schodach tych i tamtych no i w pracy. Chciałam się zwyczajnie ukryć i schować, ale teraz widzę, że się nie udało. Nadal mnie widać. Wielka morda zlepiona jakby z setek tysięcy różnych głów nadal mnie obserwuje. Od tego nie da się uciec. Nie umiem sobie z tym poradzić – może powinnam chodzić w kominiarce?

czwartek, 7 sierpnia 2008

dorosły

W piątek Gdańsk, w sobotę morze, w środę stolica…


Człowiek jak się gdzieś zasiedzi to już koniec świata. I pomyśleć, że dokładnie rok temu rozpoczynałam przygotowania do emigracji. Mówiłam sobie w duchu, że tylko na chwilę, że na moment, a tu proszę… prawie rok.

W głębi duszy – jeśli takową posiadam – czas czas i jeszcze raz on, przeraża mnie i doprowadza do rozpaczy. Z daleka myśli i widzi się więcej. Myślę o mojej Polsce, o polityce, o gospodarce, o zmianach, które niczym połączenie ślimaka z obrzezanym osłem nadchodzą z siłą kalekiego nietoperza. Myślę i myślę. A potem widzę. Widzę jak stajesz się dorosły, jak powoli zakorzeniasz się i puszczasz pędy. Wiem szybciej niż Ty, że za chwilę staniesz się rodzicem, że wybudujesz dom i będziesz żyć życiem dorosłych i rozsądnych człowieków. Widzę i własnym oczom nie wierzę. Że ja, że ty, że ona i on będziemy tacy dorośli – jak moja mama, tata, czy ciotki i wujkowie.



piątek, 25 lipca 2008

pies o imieniu „koń”

Muszę przyznać, że zmiana mieszkania mi służy. Przybrałam trochę na wadze, zmieniłam nieco kolor włosów i zaczęłam palić na balkono-tarasie. Co istotne – polubiłam nawet moich sąsiadów. I tych z góry i tych z prawej. I choć dotychczas nie zamieniłam z nimi ani słowa, muszę przyznać, że darzę ich czystą i niczym nie skażoną sympatią.

Wewnętrznie również jestem nie do poznania. Moje odchyły są teraz bardziej proste niż krzywe, a psychika zmierza w kierunku równowagi i błogiego spokoju. Czego więc można chcieć więcej?

Na pracę również nie mogę narzekać. Wszyscy są dla mnie raczej wyrozumiali niż wymagający – chociaż zauważyłam ostatnio lekkie ciśnienie. Muszę ciągle i wciąż pracować nad moim techniczno-telekomunikacyjnym słownictwem. Czasem mam wrażenie, że to jak głową w mur, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że walczę z tym jak mogę. Codziennie po pracy zasiadam grzecznie do komputerka, wstukuję nowe słówka i powtarzam do usrania i zesrania. Gadam i gadam i wbijam do tej pustej opornej głowy zdania, frazy i inne słowne dziwolągi. Zauważyłam jedną prawidłowość – na 20 nowych słów jestem w stanie zapamiętać może ze dwa. Nie wiem kurwa, nie wiem, no jest to – przyznam – trochę zniechęcające. Ale powalczę. Nie można się tak ciągle tylko poddawać.

A z nowości…hmm… chyba nic ciekawego. Aha wczoraj w parku (w parku jadam obiady) dosiadł się do mnie bezdomny i przedstawił mi swojego psa o imieniu „Koń”. Warto podkreślić, że Koń miał może ze 20cm i osobiście przypominał mi bardziej szczura albo królika, no ale nie mnie to oceniać.

piątek, 4 lipca 2008

eliminacja

Na razie nie mam w nowym mieszkaniu internetu i wszystko wskazuje na to, że panom odpowiedzialnym za instalację zajmie to co najmniej 100 kolejnych lat. Nie wiem, co sądzic o nowej miejscowce – prawdę mówiąc trochę mnie to miejsce przeraża. Wszędzie tylko anteny satelitarne i ciemna “śmietanka” londynu raz po raz zaglądajaca mi w okna. A Azja mówiła “Nie wprowadzaj się tam, gdzie są anteny, bo to oznacza dość sporą mieszankę kultur”. I chyba miala rację. Nie będę się tu usprawiedliwiać jakimiś tam farmazonami, powiem tylko, że preferuję miejsca zamieszkiwane przez bliską mi “kulturę” – moją własną. I doprawdy mam w dupie, że ktoś zaraz wytknie mi brak tolerancji czy otwartości. Jakiś problem? Wpadnij do Londynu i pomieszkaj sobie trochę, a zobaczysz co to znaczy strach. Bo ja zaczynam się naprawdę bać moi drodzy i to coraz bardziej. Codziennie kogoś mordują, codziennie jakieś porachunki gnojowych gangów. I co gorsza, kurwa mać, nie ma reguł! W piątek w mojej dzielnicy zabito 17-letniego chłopaka – dostal 11 ciosów nożem. W niedzielę zamordowano dwóch francuskich studentów na południu Londynu – w sumie dostali 243 ciosy nożem w plecy, szyję i głowę. 23-letni studenci, którzy wpadli tu tylko na kilku tygodniowy staż na jakiejś tam prestiżowej uczelni, w ostatni weekend zostali z premedytacją i w okrutny sposób pozbawieni życia.

Przedstawieciel tutejszej policji stwierdził, że w całej swojej karierze nie widział tak przerażającej zbrodni.

Nasuwa się zatem pytanie, co też kurwa trzeba mieć w tej bani nie tak, żeby chwycić za nóż i wbić go kilkanaście razy komuś w twarz?

piątek, 20 czerwca 2008

krasnale i wrożki

Oglądałam dziś w internecie wczorajsze „Fakty”...

No widzę, że popieprzeni Kaczyńscy solidnie wzięli się za Lecha Wałęsę. Mając w rękach tak silne narzędzie jakim jest niewątpliwie IPN nie będzie to trudne.

Szkoda tylko Wałęsy - legenda Solidarności znacznie ucierpi na tym nic nie znaczącym bełkocie pseudo-historycznym. Najbardziej przykre jest jednak to, że Polacy sami siebie niepotrzebnie dobijają i niszczą. Nie od dziś wiadomo, że postać Wałęsy znana jest na całym świecie. Leszek stał się marką Polski. Niestety zakompleksione kaczyńskie karły-niewydymki nigdy do końca nie mogły się z tym pogodzić. Będąc teraz u szczytu władzy z dumą rozprawiają się z każdym mniejszym bądź większym wrogiem. Bolek ten, Bolek tamten, a kogo to dziś kurwa obchodzi? A niech i będzie tym cudnym Bolkiem - a i na zdrowie! Nigdy nie było, nie ma i nie będzie ludzi bez skazy, ludzi idealnych. Krasnale i dobre wróżki istnieją przecież tylko w bajkach. Kurwica doprawdy dopada jak się widzi takie odgrzewane kotlety. Aż przykro patrzeć na to jak Polska ciągle tylko żyje przeszłością zamiast iść do przodu. A gdzie te stadiony, hotele i autostrady????

Rozliczymy!! - słychać do znudzenia

A to kurwa rozliczajcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Byle szybko!

zielony

W sobotę byłam na jakimś tam zielonym musicalu. Nie było tak źle. W sumie wieczór zaliczam do udanych. Dużo się działo i dużo wypiło – po musicalu oczywiście. Najgorsze jest to, że po kilku piweczkach ruszyłam dumnie na zewnątrz by zapalić papieroska. Od kilku dobrych lat nie palę toteż tym bardziej zdziwiła mnie ta niecodzienna zachcianka. Nie podniecając się jednak zanadto i nie rozmyślając, z dumą i żarem w oku rozpoczęłam palenie. Paliłam i paliłam. Potem znów paliłam. I nie byłoby tak źle gdyby nie pewien poniedziałkowy poranek… Rano, przed pójściem do pracy spojrzałam – co zdarza się niezmiernie rzadko - we własne lustrzane odbicie. Po chwili niedowierzania odskoczyłam jak porażona prądem i uciekłam z przerażeniem do pobliskiego pokoju. Moi drodzy, tak być nie może. Protestuję! Na mojej twarzy niczym na wypustkowej mapie świata (uwzględniającej największe wulkany) pojawiło się tysiące okazałych wyprysków i syfów nad syfami. Męczę się z nimi po dziś dzień i czekam cierpliwie aż mój nieprzewidywalny organizm wyrzyga do końca zawartość wszystkich substancji smolistych.

rakiety

Generalnie panuje tu, w Lądku, taka „zdrowa” moda na sport. Rano, przed pracą, tysiące ludzi dosiada z dumą swoje składaki i przywdziewa odblaskowe kamizelki. Panowie w garniturach, panie nierzadko w eleganckich spódnicach, zasuwają dziarsko do pracy na obdrapanych dwukołowcach. A jak! Czasem nawet pogoda nie ma większego znaczenia. Co tam ulewa, co tam błoto – ważne że na sportowo! Kto wie, może za rogiem na tutejszym „Wigry” spotkam szefową z pierwszego piętra.

Dziś piątek, więc moda na sport sięga niemalże zenitu. Od rana w biurze gorąca atmosfera i zagorzała dyskusja – kto, gdzie i jak będzie ćwiczył. I tak, szef ma zamiar co najmniej godzinę poświęcić dziś na siłowni. A kolega obok właśnie zadeklarował wieczorne biegi z narzeczoną. Ale najlepsze dopiero przed nami. Cudowny Jamie wpadł właśnie z wielką torbą obładowaną niemalże po brzegi…czym no czym? Rakietami to tenisa! I to nie jedną rakietą, a pięcioma!!!! Pytam więc z zaciekawieniem drogiego kolegi, po co mu tyle rakiet? Od dawien dawna wydawało mi się bowiem, że skłonność do przesady jest nieodzowną cechą kobiet. O on mi na to, że to tak na wszelki wypadek. Koleś wziął pięć rakiet do tenisa, tak na wszelki wypadek! No nic. Jak mawiają mądre dziadki – przezorny zawsze ubezpieczony. Ale moi drodzy – PIĘĆ RAKIET!!!!

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Panowie, tu się gra!

Przed sekundą skończył się mecz Polska – Chorwacja. Bez większej ekscytacji usiadłam grzecznie przed telewizorem z miską pełną czekoladowych groszków. Wiadomo było, że chłopcy jak zwykle dadzą dupy toteż nie chciało mi się nawet iść na górę po biało-czerwony szalik. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie, dłubiąc w nosie i spoglądając tempo w telewizyjny odbiornik. Tradycyjnie po kilku minutach oglądania miało się nieodparte wrażenie, że to jakiś nic nie znaczący brazylijski serial o kilku takich, co nie odróżniają prawdziwej piłki od dmuchanego balonu. Nasi jak to nasi – krew zalewa jak się widzi takich pseudo-buraków oderwanych granatem od przydrożnego kurnika. Tylko biedny Boruc grał za całą drużynę – to krzyczał, to wyzywał, to poganiał, a ci jak te kurwa…sama nie wiem, Barany jedne – przyszli sobie na wiejski wieczór rozgrywek pomiędzy kilkoma zagrodami. Jak to napisała Ola – żal dupę ściska – i doprawdy nie wiem czy chodziło jej o mecz czy o coś zupełnie innego – wiem tylko, że mi ściska jak widzę tę bandę biegających po boisku ćwoków i innych zdezelowanych doszczętnie cwelów.

Cóż, najwyraźniej Polska czeka na nowe pokolenie prawdziwych piłkarzy. I niech kurwa czeka! Ja poczekam!! Człowiek choćby i czekał lat 40 chętnie u kresu życia zobaczyłby prawdziwy, dobry, WYGRANY polski mecz.

Najbardziej mi szkoda naszych kibiców. Wydają ostatnie grosze na koszulki, szaliki, czapki, flagi i inne narodowe rekwizyty. Śpiewają co sił w głosie, kupują kuriozalnie drogie bilety, zarywają noc, biją się z kibicami przeciwnych drużyn i po co? Kurwa po co, pytam??? Żeby dnia następnego, wymalowani jak wielkanocne pisanki, wyjść przed całym światem na mega frajerów. I nawet namalowana na twarzy flaga, co rano była jeszcze powodem do dumy, zaraz po przegranym meczu jest jakby trochę przerysowana, trochę za bardzo widoczna.

Ale prawdziwy kibic się nie podda. O nie. I jak będzie trzeba weźmie sprawy w swoje ręce. No bo jak nie piłkarze, to kto? Jak trzeba będzie to się zabije Webbera, bo źle sędziował (oczywiście strzału Guerreiro ze spalonego nikt już z nas zdawał się nie zauważyć), po załatwieniu angielskiego arbitra wpierdoli się innym kibolom i reszcie świata, a na zakończenie wręczy naszym złoty puchar i bukiet biało-czerwonych róż.

A tymczasem niech chłopaczki wypoczną, bo strasznie się przemęczyli. Biedaczyska jedne.

Polska! Polska! Polska!

Oh przepraszam - zmiana repertuaru: Już za 4 lata już za 4 lata...!

czwartek, 5 czerwca 2008

łzy

Łzawią mi oczy. Z braku słońca, z braku snu, z podenerwowania, z powodu brudnych szkieł kontaktowych… Moje kochane czerwone okulary umarły – połamały się i leż ą teraz bezczynnie w pięknym granatowym, błyszczącym futerale. Ich przedziwny pogrzeb odbył się w poniedziałek 2008 roku. Było pięknie i kolorowo. Zaproszono wielu nieproszonych gości.

wtorek, 3 czerwca 2008

sąsiad-pojebek

Zmieniam mieszkanie. Klamka zapadła. Sąsiad-pojebek doprowadza mnie do białej gorączki. Zamienił mój dom w prawdziwe piekło. W weekend (wczoraj, dziś, codziennie) znowu była huczna impreza. Oczywiście tradycyjnie - do białego rana. Pod koniec, sąsiad-pojebek pobił się z własym bratem wyzywając przy tym pozostałych domowników. Jego "piękna" konkubina nie zwracając najmniejszej uwagi na to co się dzieje w jej własnym domu, rechotała przeraźliwie na schodach ogrodu, dolewając sobie raz po raz a to wina, a to wódki. A najgorsze jest to, że na to wszystko musiała patrzeć jej kilkuletnia córka - przerażona i zarazem wykończona kilkunastogodzinną imprezą. Biedna, mała, rudowłosa dziewczynka i jej śliczny beżowy piesek.

Czego więc mogę życzyć moim sąsiadom? hmm....
No więc na początek:

"Życzę wam frajerzy, żeby na moje miejsce wprowadziła się para świetnie zbudowanych gejów-kulturystów, która rozpierdoli ten cały wasz imprezowy pierdolnik. Sąsiadowi-pojebkowi życzę, aby ktoś w końcu porządnie mu wpierdolił, tak by z jego nędznej japy zniknął wreszcie ten idiotyczny frajerski uśmiech, który to niemal codzinnie wprawia mnie w stan permanentnego wkurwienia. Jej - nędznej i rozlazłej konkubinie, przypominającej wielkiego ciągnącego się do ziemi gluta życzę, żeby narszcie zrozumiała jak wielką krzywdę wyrządza swojej córce. Mam też wielką nadzieję, że ich "słodziutka" przyjaciółeczka dostanie nagle zakażenia pęcherza, które wyleczy całkowiecie dopiero w wieku lat 80".

wtorek, 27 maja 2008

zachmurzenie

Wróciłam. Znowu tu jestem. W mieście deszczu, wiatru i niepogody. Jeszcze w samolocie popatrzyłam zza chmur na skąpaną w słońcu Warszawę, by jak najdokładniej zapisać ją w mojej dziurawej pamięci. Widziałam brzydkie domy, wyboiste drogi i szarobure polne drogi. Machałam w myślach do mamy, przytulałam mocno tatę i drogą telepatii mówiłam do brata, że ma się pilnie uczyć i rzucić w końcu palenie, które jeszcze bardziej wysysa jego szczupła i młodziutką twarz.

Wspaniale było widzieć Was w sobotni wieczór…

środa, 21 maja 2008

konserwanty

W piątek wpadam do Polski.

Zaczerpnąć świeżego powietrza.

Odchamić się i odstresować.

Porozmawiać w moim języku.

Pośmiać się i może pograć w piłkarze.

Zjeść coś bez konserwantów i sztucznych barwników.

środa, 14 maja 2008

Daniel W.

Siedzę na tarasie i myślę.
Myślę jak tu zabić czas i uwolnić się od nieznośnej muzyki sąsiadów.

Piję.
Piję, bo jak nie ma szybkiego rozwiązania to trzeba zabić problem, przygłuszyć go i zatłuc procentami. Od razu. Bez zastanowienia. Myślenie z poprzedniego akapitu wykreślam zatem i zabijam.

Dziś w nocy śnił mi się Daniel Witek. Siedział koło mnie na fotelu i uśmiechał się słodko do wszystkich wokoło. Widziałam go potem w metrze, ale szybko się zawinął. Nie zamieniliśmy ani słowa.

Daniel nie żyje. Zginął w wypadku 2-3 lata temu. Nie pamiętam dokładnej daty. Przepraszam. Wiem tylko, że go już tu nie ma. Umarł.

sobota, 10 maja 2008

Galapagos

Mam już zaklepany bilet do Polski. Do domu. Wpadam co prawda na kilka dni, ale cieszę się jak dziecko. Moje Kozienice, moja Warszawa, mój dom!

I nie Hawaje i nie Wybrzeże Kości Słoniowej, czy Galapagos, a Polska właśnie!

Powinnam sprawić sobie koszulkę z napisem: Nie mówię szeptem, gdy mówię skąd jestem. Ale to już zadanie dla mojego Mazura ;)

nic

Mój piątkowy dzień minął, umarł i odszedł w zapomnienie. Piątek do następnego piątku. Poniedziałek do następnego poniedziałku. Papieros do następnego papierosa. Butelka wina do następnej, cudownej bordowej butelki…

Wstałam o 6.40. Przeanalizowałam dokładnie Pudelka, obejrzałam odgrzane Fakty, ubrałam się i umyłam. Na koniec wypiłam jeszcze kubek ciepłej pobudzającej kawy i zamknęłam za sobą drzwi mojej angielskiej przystani. W pracy jak to w pracy, na górze byli już niemal wszyscy. Każdy zajęty swoimi sprawami, każdy wpatrzony w ekran monitora. Tylko Oli tradycyjnie kręcił się na swoim ukochanym krześle – raz w jedną, raz w drugą stronę. Odliczał zapewne godziny dzielące go do weekendu. Zresztą wszyscy byliśmy już jedną nogą tam…Pytasz: gdzie? W miejscu, czasie, gdzie słowo NIC nie ma innego znaczenia. Nic to nic. Nie robi się nic, albo jak wolisz, robi się NIC. Kocham słowo: nic.

Nic nie robienie

środa, 7 maja 2008

tamtejsza

Od trzech dni chodzę niewyspana. Wkurwia mnie dosłownie wszystko: baba na ulicy w pięknych czerwonych szpilkach, koleś któremu widać gacie za sprawą „modnie” spuszczonych spodni, a nawet starsza pani potykająca się co chwila o własne nogi. Nie spałam cholerne trzy dni, a wszystko to dzięki moim „ukochanym” sąsiadom, którzy ostatnio w pełni wykorzystują sezon grillowi-ogródkowy zapraszając codziennie setki tysięcy znajomych. Oprócz popierdolonych angoli muszę dodatkowo na własne uszy przetestować ich nowe stereo i możliwości wielkich srebrno-podobnych głośników. Na poważnie zaczynam zastanawiać się nad zakupem broni czy innych materiałów wybuchowych. W pół śnie wyobrażam sobie jak zgrabnie i bezszelestnie wpadam do mieszkania sąsiadów, wbijam się na sam środek imprezy i ostrzeliwuje zebranych z moździerza czy też, w wersji light, rozjeżdżam imprezowiczów pancernym czołgiem. Już nie mogę. Jestem na skraju wytrzymałości. Ale staram się trzymać fason. Dziś w pracy o mały włos nie usnęłabym przed kompem. W akcji desperacji zapisałam na lodówce numer do Noisy Patrol i innych dziwacznych brytyjskich jednostek wyszkolonych do walki z hałasem. Rozmawialiśmy również z tutejszą policją – ci ostatni radzili zachować spokój i prowadzić regularnie dziennik imprez.

Podtrzymuję zdanie, że angole są popierdoleni.

Aha oprócz popijaw i głośnej muzyki jestem również regularnie wyzywana przez moich wspaniałych brytyjskich „przyjaciół” zza ściany. A to, że z Polski, że nie z UK, że nie tutejsza, a tamtejsza….

wtorek, 29 kwietnia 2008

as pik

Kilka lat temu, na rynku w Kazimierzu Dolnym zaczepiła mnie Cyganka. Złapała moją rękę i po kilku minutowej wnikliwej analizie oznajmiła, że już nie długo wyjadę za granicę i nigdy tak naprawdę do Polski nie powrócę. Po chwili dodała uprzejmie, że będę miała dwójkę uroczych dzieci i umrę spełniona w wieku 93 lat. W odpowiedzi parsknęłam tylko głupim, infantylnym śmiechem i w spokoju dokończyłam mój cudowny lodowy deser.

Byłam tam ponownie rok temu, siedziałam dokładnie w tej samej knajpie. Rozpoznałam ją niemal od razu. Kierowała się w moją stronę patrząc mi wnikliwie w oczy. Wyraźnie się postarzała, od czasu kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. Tylko jej czekoladowe rumuńskie oczy pozostały niezmienne. Podeszła do mnie, pokiwała porozumiewawczo głową i odeszła w nieznane.

Już prawie siedem miesięcy, jak jestem na emigracji. Przeklinam dzień w którym Cię ujrzałam – Cyganko. Przeklinam…

Tak bardzo kocham moją Polskę, moją rodzinę, moich znajomych – bliskich i dalszych. Nie ma dnia, żebym za Wami wszystkimi nie tęskniła. Tęsknię za mamą, która pisze prawie codziennie, za tatą, który potrafi mnie wyprowadzić nawet z najtrudniejszej sytuacji, za bratem, który zdaje teraz maturę, za ukochaną babcią, która choć nie gra już ze mną w piłkę to jednak ciągle o mnie myśli – wiem, bo czuję. Nie chcę tu zostać na zawsze. Tak bardzo nie chcę. I choć daleko mi od bycia Katoliczką, to dziś proszę Boga o to, by zmienił moją kartę – na asa pik.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

zły sąsiad

Nienawidzę moich sąsiadów. Boję się, że kiedyś ich po prostu rozpierdolę. Wybiję szybę, wpadnę do środka i zdetonuję jakiś granat. To całkiem możliwe. Co prawda staram się z tym walczyć, ale to przynosi bardzo małe efekty. Kobietę jakoś toleruję, ale jak widzę tego jej lowelasa-kutasa to mi się normalnie zapala jelito grube. Na domiar złego, tydzień temu kupili sobie psa – małego cudownego pieska. I co? I leją go regularnie tak, że aż biedaczyna sika pod siebie ze strachu. Pytanie: skąd o tym wiem? Bo leją go codziennie pod domem tak mocno, że jego skowyt zbudziłby umarłego z epoki kamienia łupanego.


Dlatego jeśli, któregoś dnia przyjdzie mi siedzieć, to przynajmniej będzie wiadomo dokładnie za co.

ławka

W sobotę wstałam rano i poszłam biegać. Biegłam i biegłam mijając po drodze pseudorybaków, małe łódeczki, ławeczki, kaczuszki i puste puszki. Biegłam i biegłam. W za małych gaciach wpijających mi się raz po raz w tyłek, w za dużych spodniach zsuwających mi się nieco poniżej bioder. Biegłam i biegłam, a pot spływał mi z czoła. Kap kap kap. Ale biegłam i biegłam mijając po drodze innych pseudosportowców i spragnionych piwnych wrażeń londyńskich pijaków. Biegłam i biegłam, by wypocić z siebie wszystkie te złe emocje.

Wreszcie dobiegłam. Do końca. Do ławki! Piękna rozgrzana słońcem ławka czekała właśnie na mnie. Usiadłam na niej czym prędzej, zamknęłam oczy i usnęłam. Na ławce… Na pięknej ciepłej ławce. Mojej ławce…

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Klaudyna

Pierwszy raz pomyślałam o niej naprawdę mając zaledwie 5 lat. A wszystko to za sprawą rybki Klaudyny, którą pewnego dnia znalazłam martwą w moim nowym, czyściutkim i pachnącym akwarium. Klaudyna unosiła się bezwładnie przy powierzchni wody wpatrując się tępawo w nowo zakupionego glonojada Jeremiego, który niczym nie wzruszony kontynuował „czyszczenie” szyb. Początkowo myślałam, że Klaudyna tylko udaje żeby mnie rozbawić albo w najgorszym wypadku zdenerwować, ale kiedy następnego dnia nadal pływała do góry brzuchem pomyślałam, że czas zasięgnąć matczynej opinii. Na diagnozę nie trzeba było długo czekać. Po krótkich oględzinach, mama stwierdziła zgon rybki. – Klaudynka umarła kochanie. Poszła do nieba – powiedziała smutno i wzięła mnie na ręce. – Tak to już jest na tym świecie, na wszystko przychodzi czas – dodała po chwili milczenia. Początkowo nie za bardzo rozumiałam, co mama tak naprawdę miała na myśli. Wydawało mi się, że skoro Klaudyna poszła do nieba to znaczy, że najprawdopodobniej już wkrótce znowu do nas wróci. A z drugiej strony jak mogła pójść skoro fizycznie nadal była w moim akwarium – no tego już pojąć nie mogłam. W końcu, po kilkugodzinnym wpatrywaniu się w Klaudynę, albo raczej w to co po niej zostało, zrozumiałam, że moja pomarańczowa rybka odeszła, umarła i zasnęła na zawsze.

Nigdy więcej już nie ujrzałam Klaudyny.

Klaudyna umarła.

czwartek, 17 kwietnia 2008

szklanka

Znalazłam na półce starą, zakurzoną butelkę whiskey. Wyjęłam z szafki pierwszą lepszą szklankę, wrzuciłam do niej kilka kostek lodu i zalałam do połowy alkoholem. Po kilku sekundach walki z samą sobą odważyłam się spróbować. Moc procentów i niebywały smród whiskacza uderzył ze zdwojoną siłą. Ohyda. Coś przeobrzydliwego. A jednak wypiłam. Wypiłam całą gównianą zawartość szklanki.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

telefon

Co wieczór czytam o nowych telefonach, sieciach bezprzewodowych, operatorach komórkowych, kongresach, seminariach i innych zjazdach mobilno-telefonowo-sieciowo-odbywających się. Nie mam nawet czasu na wypicie piwa. Mało tego, ja nawet nie mam czasu żeby je zakupić! Cała ta zabawa w telekomunikację mnie zabija. Zabija mój alkoholizm!

Już nie długo nic mi już więcej nie pozostanie...tylko telefony...

niedziela, 13 kwietnia 2008

anioł

Weekend tak szybko mija… Z minuty na minutę coraz bliżej poniedziałku. Nienawidzę czasu. Niech ktoś albo coś sprawi, żeby czas w końcu stanął w miejscu – choć na chwilę, choć na moment. Na samą myśl o nowym tygodniu robi mi się niedobrze. Nie chcę. Kurwa nie chcę! Normalnie jak Rzecki z „Lalki” będę teraz dzień w dzień chodzić do roboty. A swoją drogą biedny Ignacy... miał w sumie strasznie nudne życie. Ignacy heh wyrazy współczucia i szczere kondolencje stary. Miałeś przejebane. Niby praca uszlachetnia, ale ja kurde pier… te wszystkie „pozytywne” strony mojej monotonnej egzystencji. Może jakaś odmiana? Fitness, aerobik, gra na skrzypcach? A może poprostu zapiszę się do jakiejś sekty. Heh no a skoro już mowa o sektach, to nie obrażając uczuć religijnych innych, napiszę tylko, że od trzech tygodni, co sobota, wpadają do mnie świadkowie Jehowy i za każdym razem zapowiadają nieuchronny koniec świata. Zupełnie nie wiem jak im powiedzieć żeby się odpierdolili. Powinnam pewnie wykopać ich za drzwi, ale jak tylko pomyślę o tym „końcu świata” i o perspektywie szybkiego zbawienia to jakoś nie mogę. W tym tygodniu zostawili mi ulotkę na temat nieba i pisemko o aniołach. Wspaniale! Zawsze podniecały mnie anioły.

wtorek, 8 kwietnia 2008

praca

Od dwóch dni jak każdy normalny i szanujący się człowiek chodzę do pracy. Od dwóch dni wstaję o godzinie siódmej rano, idę pod prysznic, przeglądam pocztę i zjadam ładnie śniadanie. Następnie wklepuję maskę, prasuję bluzeczki, szoruję zęby i lecę do metra. Tam, jak na grzeczną i miłą dziewczynkę przystało uśmiecham się ładnie do wszystkich wokoło i zbiegam w pośpiechu ze schodów, przepraszając po drodze angoli i angolo – podobnych człowieków. Czy podoba mi się moja nowa praca? Oczywiście, że nie. Co za pytanie! Jak praca może się w ogóle podobać?! Chociaż gdybym na przykład była ogrodnikiem to myślę, że wówczas mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że kocham swoją pracę. Codziennie sadziłabym cebulę, ziemniaki, kwiatuszki i inne krzaki i warzywa. I tu od razu nasuwa się pytanie, czy ziemniaki się w ogóle sadzi? Nie wiem. I to jest właśnie jeden z powodów dla których nie zostałam ogrodnikiem, a… No właśnie: Kim? Też nie wiem. Najważniejsze jednak, że mam pracę – tak powiedziała moja mama, a jeśli ona tak mówi to tak ma być. I bez dyskusji! Praca, w opinii mojej mamy sprawi, że odtąd wszystkiego będzie więcej. Więcej pieniędzy, obowiązków, znajomych – generalnie będzie WIĘCEJ. A jak więcej to i lepiej. Więcej wstaję i idę. Idę do pracy!

poniedziałek, 31 marca 2008

wyspa

Kilka dni temu wróciłam na Wyspę. Przez te parę dni strasznie tęskniłam za Polską, rodzinką, znajomymi… Na szczęście ciśnienie się już unormowało i powoli zaczynam patrzeć w przyszłość. Odbyłam kolejne spotkania w sprawie pracy i mam nadzieję, że nareszcie coś się konkretnego wyklaruje. Dwie oferty też odrzuciłam – żeby nie było – ale o popierdułkach i niedojebkach nie ma się co rozpisywać.

Kolejna wizyta w Polsce zaplanowana jest na koniec maja!

sobota, 15 marca 2008

nic

Pierwszy raz w swoim dziwnym życiu uciekłam z miejsca wypadku. Piłam i piłam, grałam i piłam, a potem znów piłam. I co kurwa? I nic. Nacisnęliśmy czerwony guzik i pustka. Nie zapłaciłam ani złotówki. Dzięki za tą dziwną akcję. Zawsze chciałam to zrobić.

środa, 12 marca 2008

wiatr

Jestem potwornie zmęczona. Ostatniej nocy prawie w ogóle nie spałam. A to wszystko przez wiatr. Boję się jak tak wieje…jak wiatr wieje…wieje…wiatrrrr

Jestem już spakowana. Wszystkie moje szmatki, majteczki, skarpetki, pomadki, lokówki, kolczyki – wszystkie te duperele, siedzą teraz grzecznie zamknięte w czeluściach wielkiej granatowej walizki. Ciekawe o czym teraz rozprawia moja czerwona szminka…? A może wdała się z niebieskimi gaciami w jakąś ciekawą i intrygującą dyskusję? Może…

Londyn – Warszawa 6:50 am

Nie wstanę, wstanę, nie wstanę, wstanę, nie wstanę, wstanę, nie wstanę… wstanę!

niedziela, 9 marca 2008

dzień kobiet

Z forum i nie tylko:

„Spóźnione, ale najlepsze życzenia z okazji Dnia Kobiet”

„Wszystkiego Najgorszego”

„Szpryca im od małego-tym babom głupim i niech se lekarza na partnera znajdą, a nie łażą po tych blokowiskach stadnie, jak te lanie, i pokazują gole piersi chłopom po pijaku-a kij im w zęby-a niech pamiętają kto tu jest szefem-chłop czy baba-a gruźlicą węzłów chłonnych się je zarazi-to będą leczyć się do końca -cholera- i po chirurgach chodzić- przeklęte baby do 7 pokolenia - niemry zakazane -zemsta po latach za ten ich wyższy poziom ekonomiczny - Tfu! znieść ich nie mogę!”

„Wiem, że nie obchodzisz, ale najlepsze życzenia”

„Kochana Moja... Życzę Ci spełnienia wszystkich marzeń... A właściwie nie - wszystkie przecież Ci się spełniły... :) No może nie wszystkie... Te najważniejsze... A więc spełnienia tych malutkich i tych większych, uśmiechu i zadowolenia i wszystkiego NAJ NAJ...”

I na zakończenie:

„Tradycyjnie jak co roku życzę wam wilgoci w kroku dziewoje”

szaliczek i rękawiczki

Mój wspaniały kolega kończy dziś 26 lat. I czy tego chce czy nie, w moim przekonaniu ma już lat 30. I choć nazwał mnie dziś szczylem, glutem i gnojówką to i tak nie zmienia to faktu, że i ja za kilka miesięcy osiągnę ten przerażający mnie po stokroć wynik. Od kiedy pamiętam zawsze chciałam być starsza. W przedszkolu chciałam być od razu w starszakach, w zerówce marzyłam o szkole podstawowej, a potem myślami byłam już w liceum i na studiach. Moje podejście do wieku zmieniło się radykalnie na czwartym roku studiów, a bardziej precyzyjnie, gdy stałam pod drzwiami czekając na obronę swojej gównolotnej pracy magisterskiej. Dokładnie w momencie, gdy otworzyły się drzwi do „sali obronnej”, a zza rogu wyjrzał mój ukochany promotor, w wielkich stalowych okularach, zdałam sobie sprawę, że mój czas młodości i studenckich libacji alkoholowych mija bezpowrotnie. Oto wkraczam w wiek przyszłych mam, ciekawej pracy, męża, własnego samochodu, mieszkania, gotowania, książek kucharskich, niańczenia, przewijania, cerowania, pieczenia, szycia, mycia, zmywania…. I gdyby nie profesorskie wołanie: - Pani Agato! Czekamy. Proszę wejść do sali – uciekłabym chyba w drugą stronę, choćby na sam koniec świata. Teraz, gdy tak patrzę na nasze poczciwe grono, czy na buraczaną naszą-klasę, godzinami wertując i sprawdzając starych znajomych czy innych przypadkowo spotkanych kiedyś ludzi – myślę sobie – co się kurwa z nami porobiło? Kto by kiedykolwiek pomyślał, że Robert z 8b może mieć dziś kilkuosobową rodzinkę, dzieci, żonę, psa i kota, a Anka z liceum jest już po pierwszym rozwodzie i zaczyna właśnie układać sobie życie u boku jakiegoś tam żonatego mężczyzny. Najgorsze jest jednak to, że moja osoba zapewne nie budzi żadnego zainteresowania wśród dawnych koleżanek i kolegów. Męża nie ma, pracy jak na razie też nie, a i o dzieciach nic nie słychać. A kochana Babcia za każdym razem powtarza – Kochanie, czy ja jeszcze w ogóle mam szansę zatańczyć na twoim weselu? – To zależy Babciu – odpowiadam. – Jeśli zamierzasz dociągnąć do 128 lat, to jak najbardziej. Po czym całuję ją w czoło i udaję się jak najszybciej do drugiego pokoju, by w spokoju poczytać o nowym związku Mandaryny czy wielkim biuście Ewy Sonet (co za cycki!). Ostatnio nawet podzieliłam się swoimi rozterkami z mamą. I choć od początku wiedziałam, że jest to zgoła ryzykowny temat, postanowiłam pójść za ciosem. Mama, jak to mama, na początku okazała wielkie zrozumienie, szarpnęła się nawet na słowa otuchy i pocieszenia. I gdy już tak zupełnie uwierzyłam, że rzeczywiście wiek nie ma wielkiego znaczenia i że na wszystko w życiu przyjdzie czas, nagle mamie puściły skrzętnie skrywane nerwy i emocje. – Ale jakby to tak dokładnie przeanalizować, to ty rzeczywiście jesteś jeszcze dzieckiem – powiedziała. - Zachowujesz się zupełnie jak dziecko! Czy ty wiesz, że córka mojej koleżanki – ta co jest w twoim wieku – w przyszłym roku bierze ślub! Kochana, nie można tak zawsze beztrosko stąpać po ziemi. Jak tylko przyjedziesz do Polski, to ja się za ciebie wezmę – mówiła widocznie poirytowana. – Aha i wiesz co? Mamusia kupiła ci ostatnio taki ładny różowy szaliczek i rękawiczki. Cudny komplecik! Spodoba ci się, zobaczysz.


sobota, 8 marca 2008

tory kolejowe

Właśnie skończyłam jeść czekoladę. Zjadłam całe opakowanie, nie zostawiając ani jednego kawałka. Pożarłam ją w całości w przeciągu zaledwie kilku sekund. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się połknąć tyle cukru w tak krótkim czasie. Co za dziwne uczucie… Zaraz się porzygam z przesłodzenia. Nie wiem jakie zbawienne składniki ma w sobie tabliczka czekolady, ale miejmy nadzieję, że była warta tak dużego poświęcenia.

P.S. Uwielbiam stukot przejeżdżających po torach pociągówwwww

A Ty?

wtorek, 4 marca 2008

pidżama

Tęsknię dziś za Olą i jej dziwną kraciastą pidżamą* oraz Margim wielbicielem dinozaurów i innych przepotwornych pająków. Opuścili mnie w sobotę 1 marca 2008 roku. Dokładnie o godzinie 14.40 wyszli z domu i już nie wrócili. Spakowali walizki, zabrali reklamówkę pełną octowych chipsów i ruszyli w stronę stacji metra, która nie wiedzieć czemu była tego dnia akurat zamknięta. Nie zważając na przeszkody i inne niepowodzenia wskoczyli do wspaniałego, czerwonego autobusu i udali się na King’s Cross, skąd londyńskie wagoniki zabrały ich centralnie na lotnisko. Po blisko 50 - minutowym opóźnieniu wystartowali, odlecieli i udali się do zupełnie innej polskiej rzeczywistości, zostawiając mnie samą w londyńskim chaosie porażek, rozpusty i postępującego z dnia na dzień alkoholizmu.


Zapaliłabym papierosa


Wypiłabym dwa zimne piwa


Ale nie zapalę


Ale nie wypiję


Dziś pójdę po prostu grzecznie spać


*Pidżama - strój przeznaczony do spania lub odpoczynku, składający się z luźnych spodni i bluzy albo spodenek i koszulki; piżama; pyjama (rzadko)

czwartek, 21 lutego 2008

obrany ziemniak

Muszę to napisać, po prostu muszę – Jak ja kurwa nienawidzę prasować, zmywać i gotować! Szczególnie jak myślę o gotowaniu to mnie normalnie dopada takie ciśnienie, że aż mi się wszystkiego odechciewa. Wszystkiego! Biorę takiego przykładowego ziemniaka, sięgam po nóż i kurwa… niech mi to ktoś wytłumaczy dlaczego z tego wielkiego kartofla po moim profesjonalnym obraniu zostaje mi coś wielkości zęba. Nie wiem kurwa, nie wiem. Potem jak już się naobieram za dziesięciu - to niczym się niby nie przejmując - przechodzę do dajmy na to…obierania cebuli. Dlaczego akurat cebuli? Nie wiem, a dlaczego nie! Biorę taką cebulę i obieram, obieram i obieram, a łzy lecą jak opętane. Kap, kap… jedna po drugiej. Plum, plum i na ziemię. Latam wtedy po mieszkaniu jak oparzona wykrzykując KURWAAAA i przechodzę do kontrataku. Jak to wygląda? Proste! Biorę zapałki i je rozpalam. Po co ja to robię?? Znowu nie wiem - to ma chyba sprawić, że przestanę wreszcie łzawić. Oczywiście ta metoda z dupy wzięta też zawodzi po całości więc przerzucam się na kurczaka. Rzucam go na rozgrzaną patelnie i… wtedy to mnie dopiero rozpier… Tłuszcz kapie, leci i cieknie naokoło: na świeżo umytą podłogę, na czystą kuchenkę albo na wytarty kilka minut temu blat. I co kurwa?! I co?! Dla jakiegoś uśmierconego kurczaka tyle zachodu! A w dupie z tym. Dziś nie będzie obiadu. Zresztą nigdy go nie było i w tym domu już nie będzie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Z góry przepraszam za wulgaryzmy, ale jak tylko kur…

papieros

Zapaliłam papierosa. Wspaniały, cudowny papierosowy dym unosił się wysoko coraz wyżej…nad głową, nad ciałem, nad drzewem…i leciał i pędził…wyżej…i wyżej aż w końcu kompletnie zniknął… Mój kochany papierosowy dymmmmmmmmmmmmm

Dym umarł.

poniedziałek, 18 lutego 2008

woreczki śniadaniowe

Siedziała grzecznie w metrze późną wieczorową porą. W pięknym kolorowym wagonie, rozśpiewanym, roztańczonym, rozmarzonym… I myślała, słuchała i patrzyła.

- Hej ty! Z Polski jesteś, co? Jak masz na imię?

- Słucham?

- No jak masz na imię?

- Nie ma mowy, nie powiem

- No powiedz. Lecę za tydzień do Argentyny. Polecisz ze mną?

- Nie

- Ojciec kazał mi tu przyjechać, tu no wiesz… do Londynu. Ojciec od 30 lat produkuje woreczki śniadaniowe. Mam się nauczyć angielskiego i przejąć interes.

- Woreczki śniadaniowe? Jakie znowu woreczki?

- Heh no wiem głupio to brzmi, nikt nie wie co to dokładnie jest. No kurde woreczki śniadaniowe. Jestem z Kołobrzegu. A ty skąd jesteś?

- Z Warszawy

- Hmmm… Gdzie jedziesz?

- Nie twoja sprawa?

- No powiedz. A gdzie byłaś? Pogadajmy trochę

- Nie mam za bardzo ochoty.

- Powiedz chociaż jak masz na imię.

- Ewa

- Ewwaa…hmmm… Ładnie!

- Ewa, słuchaj a może…

- Wiesz co, kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, idę, wychodzę i spadam ok?

- Ok… Czekaj! A mógłbym Cię pocałować?

- Co?! Nie!

- No Ewa tylko raz… Obiecuję! No a jak byśmy się znali 2 miesiące to byś mi pozwoliła?

- Nie!

Wyszła. Normalnie trzasnęła by drzwiami, ale drzwi same zamknęły się z hukiem. I metro odjechało z frajerem na pokładzie i fabryką woreczków śniadaniowych do przejęcia.

piątek, 15 lutego 2008

Brixton

Nie dawno wróciłam z Brixton. Kto nie był to szczerze polecam. Warszawska Praga to przy tym pikuś to miejsce jest jak jakieś pieprzone londyńskie getto. Bieda, brud, smród no i te gównoloty wszędzie. Szczególnie bliska memu sercu jest tamtejsza poczta. Cudo i miód. Powinni kurde jakieś bilety wstępu sprzedawać przed wejściem – tylu wariatów co tam codziennie przychodzi to w całym swoim życiu nie widziałam. Gadają do siebie, krzyczą, biją się, walą po twarzy, śmierdzą, plują, wyzywają – żyć nie umierać. Radzę wziąć ze sobą aparat fotograficzny albo jak kto ma to i kamerę. Niezapomniane wrażenia gwarantowane.

Ale miejsce to ma jedną, heh co ja mówię... ma aż trzy zalety! Otóż jak tylko wylądujesz już na stacji metra Brixton to od razu będziesz wiedzieć, że to jest ten wymarzony kawałek ziemi. Nie wiedzieć czemu puszczają tam z głośników muzykę klasyczną. I nie ważne czy pada deszcz, czy wieje wiatr, czy grzeje słońce – nie ważne czy jesteś szczęśliwa, zadowolona czy też maksymalnie wkurwiona, bo i tak zawsze, ale to zawsze będzie coś tam „pięknego” rzępolić ci nad uchem. Słodycz nieziemska. Nie wiem kurcze, żeby nie było potem…ale z drugiej strony… jaki to ma w ogóle sens? Za każdym razem, gdy jestem na Brixton zadaję sobie to piękne skądinąd pytanie. Czy na przykład taki czarny pan, co właśnie wczoraj przyjechał tu dajmy na to z Jamajki, zabierając ze sobą tylko jedną parę gaci, rozumie w ogóle muzykę klasyczną? Powinni puszczać tam co najmniej jakieś reggae chyba co…?

P.S. Biała pani z Warszawy nie rozumie w ogóle klasycznych przyśpiewek, co zapewne świadczy o jej prostactwie i małostkowości. Trudno – co robić.

Kolejna ważna do zanotowania informacja: na Brixton urodziła się sama Sharon Osbourne. Pięknie co? Heh Co za postać! Co za osobowość! Ten znamienny fakt został nawet upamiętniony na jednej ze ścian jakiegoś tam domu handlowego: Sharon Osbourne born in Brixton. Now in Hollywood. Hehehe Co za informacja! Myślę, że ta wiadomość pokrzepiła nie jedną brixtonową jednostkę.

No i na koniec – jeśli masz jakieś ukryte fantazje typu: fajnie byłoby polatać nago po ulicy - to też zapraszam na Brixton. Nikt nawet nie zwróci na ciebie uwagi. No i nad tym trzecim punktem warto byłoby się poważnie zastanowić.

gołąb

Dziś widziałam rozjechanego gołębia. Nie wiem skąd się u mnie wzięła ta gołębiowa fobia, ale jak na razie trzyma się mocno i nie chce odpuścić. A przecież tak się starałam, tak chciałam je wszystkie pokochać – te ich małe głowy, wstrętne różowe nóżki i ten szaro-grafitowo-gówniany kolor. Uwzięły się na mnie gównoloty. Krążą mi złośliwie nad głową jak tylko wyjdę z domu. Sracze jedne…

środa, 13 lutego 2008

autobusowy - samochód

Skończyłam moje kochane praktyki. Teraz mam czas na znalezienie pracy. Dobija mnie to ciągłe poszukiwanie czegoś – po coś. Najwidoczniej tak już być musi. Więc szukam, wertuję i sprawdzam. Rzygam jak widzę kolejne ogłoszenia. Rzygam jak widzę moje cv. Rzygam jak widzę marchewkę. Miało być lepiej, a nie jest. I przestań ciągle pytać o to samo – bo się zrzygam, zarzygam i dostanę permanentnej kurwicy. Chcę…sama już nie wiem czego tak naprawdę chcę. Chociaż czekaj…wiesz… dziś siedziałam nad wodą i nic, ale to zupełnie nic nie robiłam. Co za uczucie! Słońce świeciło mi prosto w twarz, patrzyłam przed siebie i chyba nawet nic nie czułam…

Kupię za rok ten mój autobusowy - samochód i pojedziemy razem w nieznane. Chcesz? Pierdolić pracę i cały ten życiowy schemat – bo po co? – przecież za chwilę mogę dla Ciebie zniknąć na zawsze. Więc pakuj walizki...

niedziela, 3 lutego 2008

mama

Rozmawiałam właśnie z mamą. W sumie trudno nazwać to rozmową, bo nie wydałam z siebie praktycznie żadnego dźwięku. Ot co, zaledwie kilka wyrazów. Ale nie musiałam nic mówić – wszystko czuje i rozumie. Cóż to za ulga……………………………………..

„Nie musisz, a możesz kochanie”

„Dzięki Mamo”

truskawki

Weekend miałam udany. Widziałam, czytałam, zwiedzałam. I dałam sobie jakoś radę, co oznacza, że przetrwam, że dożyję – nie musisz się więc więcej martwić.


Żeby tego było mało, dziś nawet mnie zauważono: „Aja o rany, ale ty masz długie rzęsy. Ładne…”. I zniknięto w czeluściach naszego małego korytarza.

Konkluzja: Nie ma mnie tu. Do następnego tygodnia. Żegnam.

P.S. Uwielbiam truskawki!

czwartek, 31 stycznia 2008

herbata i sok

Tak sobie siedzę i myślę... A potem wstaję i znów siadam i tak w kółko. Woda, sok, czwarta herbata, kanapka, zmywanie (strasznie nie lubię naczyń w zlewie), czytanie, śpiewanie, oglądanie i ćwiczenia: podnosimy jedną nogę - skłon, drugą - skłon. Eee nie ma co się zanadto przemęczać. Znów siadam, wstaję...

Chyba tęsknię dziś za Tobą.

Miejmy nadzieję, że od tego się chociaż chudnie, albo w najgorszym wypadku trochę mądrzeje.

niedziela, 27 stycznia 2008

osobowość mnoga

Od rana jest strasznie cicho. Wyłączyłam tv, siedzę i czytam różne takie popierdułki. Nie - jednak nie jest cicho. Pan X chyba właśnie się obudził. Cholera. Nie czekaj…jednak nie, nadal śpi. Mam nadzieję, że ta cisza nie zostanie tak szybko zakłócona. W planie na dzisiejszy wieczór mamy: „Rozmowa (kolejna) na temat mojego złego zachowania i braku opieki nad schorowanym panem domu”. Tak, przyznaję się, nie kupiłam dziś żadnych leków na katar, kaszel i ból głowy. A miałam. A mi się nie chciało. To znaczy chciało mi się, nawet fizycznie byłam tam – w tym sklepie, ale potem na śmierć zapomniałam. Za dużo czasu spędziłam przy tych cholernych bułkach. Tak. To w 100% wina bułek!


Właśnie doszłam do wniosku, że cierpię na zaburzenia związane z rozdwojeniem jaźni. Tak. Myślę, że można swobodnie nazwać to cierpieniem. Inna tu, inna tam – tam szczęśliwsza tylko na jak długo? Chociaż z drugiej strony – po powierzchownej analizie terminu „rozdwojenie jaźni”- trudno jednoznacznie stwierdzić, czy takowe rozszczepienie osobowości ma u mnie rzeczywiście miejsce.


Czytając na temat zaburzeń dysocjacyjnych możemy się dowiedzieć, że polegają one głównie i przede wszystkim na ”występowaniu przynajmniej dwóch osobowości u jednej osoby. Zazwyczaj poszczególne osobowości nie wiedzą o istnieniu pozostałych”. No a skoro ja wiem, że mam te dwie osobowości to oznacza, że fizycznie i psychicznie ba, a nawet mentalnie ich wcale nie posiadam. Więc podsumowując jestem tylko jedną integralną całością z popieprzonym schematem neuronów i zmiksowanym mózgiem. No heh teraz to brzmi o niebo lepiej!



wtorek, 22 stycznia 2008

audrey

Dziś czas tak wolno płynie. W ogóle nie mogę nad ty zapanować. Zamykam oczy jest 21.00 - otwieram i jest to samo. Kurwa zero zmian. Wszystko mnie dziś irytuje. Pokłóciłam się chyba z całym pierdolonym światem. Nie mogę wytrzymać, a ty mi nie pomagasz. Kilka minut temu wpadł do mieszkania kolega pana X, kompletnie zalany. Po kilku minutowej rozmowie – średnio sympatycznej – wyszedł i nie wiadomo czy wróci. W sumie to chyba musi, bo rzeczy zostawił. Jak nie to na BEJU wystawię i jeszcze na tym zarobię.

Dziś kocham Audrey Hepburn. Co za kobieta!

Monotonia. Tak się nad tym zastanowić. Kurwa. Codziennie to samo. 7.00 Aja wstaje. Prysznic, kawa, kotowe żarcie, maska, zęby, budzenie pana X. 8.00 Aja gryzie paznokcie, by potem je ponownie spiłować, pomalować i co?... i obgryźć! Kurwa! A mówiłam, a prosiłam: „Aja nie gryź, nie obgryzaj. Dobrze kochanie?”. I co? I dalej kurwa. Zjadłam wszystko co mogłam. Wszystko to, co było zabronione. Wszystko! Potem „praca” i powrót – mój ulubiony kochany upragniony POWRÓT. 17.00 Metro, wbijamy się na trzeciego, ruchome schody, bank, śmierć chłopaka, tesco, pub, zapach ryb, warzywa, pralnia na rogu i dzieciak bawiący się na pierwszym piętrze z mamą. I dylemat. Czy dziś pijemy czy nie? Nie kochana dziś nie pijemy…

sobota, 19 stycznia 2008

pustostan

Nie mogę się skoncentrować. Mam w sobie jakieś straszne pokłady agresji. Pan X od rana siedzi przed komputerem, bo jak twierdzi moja osoba jest dziś „nie do zniesienia”. Z tego wszystkiego umyłam więc kibel, łazienkę i włączyłam dwa razy pralkę. Co tu robić? Od południa testuję więc nowe piwa zakupione rano w lokalnym warzywniaku. Mają jakąś niesamowitą moc zamulania – nic już nie czuję. Totalny stan olewczo-zamulawczy. Pustostan ciała i duszy. Chyba całkiem przypadkiem nadałam nowe znaczenie słowu „pustostan”.

P.S. Wczoraj dostałam National Insurance Number. No cóż, nareszcie można złamać rękę, zwichnąć nogę lub po prostu spać ze schodów. Cudownie…

wtorek, 15 stycznia 2008

puszeczka

Odkąd wzięłam się za siebie* to niespodziewanie odeszła mi ochota na pisanie czegokolwiek. Szkoda, że nie można mieć wszystkiego. Jedno zaczynam, a drugie odchodzi w zapomnienie. Jednak na razie idzie mi dobrze. Moje samopoczucie zmieniło się o 180 stopni. Mam więcej energii i nie jestem już tak bardzo zmęczona. No może tylko troszeczkę, ale to też minie. Po dwóch dniach abstynencji powiem tylko, że cholernie tęsknię za piwem, które czyha na mnie na dole w lodówce. Ale będę twarda i tam nie zajrzę. No może później – tylko żeby powiedzieć dobranoc i pocałować puszeczkę przed snem.

*nie pić w tygodniu, ćwiczyć, nie słuchać głośno muzyki i dużo dużooo jeść

wtorek, 8 stycznia 2008

krawężnik

Od soboty nie mogę jeść. Chyba znów skurczył mi się żołądek. Samo patrzenie na żarcie wywołuje u mnie odruch wymiotny. Zaczynam dziwnie wyglądać - najbardziej przerażają mnie moje ręce i ramiona. Ohyda. Nie wiem nawet czy można o sobie mówić w takich kategoriach, ale czuję się jak… zresztą sama nie wiem jak się czuję. Nie rozumiem dlaczego od jakiegoś czasu panuje jakaś dziwna moda na chudość i rozmiar XXXXXS. Każda się odchudza, każda liczy kalorie, a potem całkiem nieświadomie tkwimy po uszy w gównie. A jeszcze jak ktoś powie - O kurwa jaka ty chuda jesteś ? To już w ogóle orgazm i szczyt zadowolenia. Chociaż co ja tu właściwie narzekam – ze mną nie jest przecież aż tak źle. Nie ma się czym ekscytować. No właśnie "ekscytować".

Idę posiedzieć z Szatkiem na krawężniku.

niedziela, 6 stycznia 2008

gołębie

Złamałam jedno z pierwszych postanowień i w imię sprawiedliwości spadłam dziś ze schodów. Oszukuję – złamałam dwa postanowienia. Od rana nieustannie piorę. Pralka chodzi już trzeci raz. Czy to się leczy magnezem? Skłamałam. Złamałam trzy postanowienia. Pogoniłam dziś biednego gołębia bez nogi, który przez przypadek stanął mi na drodze podczas porannego spaceru. Chyba nie uda mi się pokochać gołębi…

Jutro jeszcze raz spróbuję odbudować to, co tak łatwo zniszczyłam.

Biedne postanowienia.

dziewczynka

Moje postanowienia noworoczne tegoroczne są następujące:


- wdychać więcej powietrza

- uważniej schodzić ze schodów

- pić dużo wody

- jeść, połykać i przeżuwać magnez

- częściej czesać włosy

- nie obgryzać paznokci

- przerzucić się na wino

- tolerować odrębności, ułomności

- nie czuć się staro

- pojechać w marcu do Polski

- odpalać pralkę tylko raz w tygodniu

- odbierać telefony

- ograniczać wyrzucanie śmieci

- ograniczyć, a następnie wyeliminować plastikowe torby

- nauczyć się gotować

- nie solić

- nie martwić się

- nie narzekać

- zmieniać częściej szkła kontaktowe

- pokochać gołębie

- polubić londyńskie metro

- zaśpiewać z mazurem na karaoke

- założyć spódnicę

- nie bać się tłumów

- nie sprawdzać kuchenki przed wyjściem z domu

- polubić marchewkę


Odrzucić wszelkie pokusy i w ogóle być grzeczną dziewczynką – bo dziewczynki mają to do siebie, że z natury są grzeczne i miłe.

gender studies

Kobieta - określenie osobnika płci żeńskiej z rodzaju Homo. Kobieta różni się od mężczyzny budową morfologiczną i anatomiczną oraz zachowaniem. Kobieta jest zdolna do rozrodu przez cały rok, co wyróżnia ją spośród większości samic ssaków”.


„(...) w zdolnościach matematycznych nie ma istotnych różnic między chłopcami a dziewczynkami do piętnastego roku życia. Powyżej tego wieku dziewczynki nieco lepiej rozwiązują proste zadania, jednak nie wykryto różnic w zadaniach bardziej złożonych. Jeśli porównywane są osoby (kobiety i mężczyźni) o wysokich zdolnościach ogólnych, to przewaga mężczyzn w uzdolnieniach matematycznych narasta. Okazało się także, że dawniej różnice w tych zdolnościach były znacznie większe niż dzisiaj. Jednocześnie jednak okazuje się, że przekonania ludzi co do różnic w uzdolnieniach matematycznych mężczyzn i kobiet są znacznie większe niż rzeczywiste różnice w tych uzdolnieniach. Ponadto należy zauważyć, że różnice te nie dotyczą każdego mężczyzny w porównaniu z każdą kobietą, a jedynie wskazują na większy odsetek mężczyzn niż kobiet (lub odwrotnie) lepiej uzdolnionych w określonej dziedzinie. Dlatego zdarzają się kobiety wybitnie uzdolnione matematycznie oraz mężczyźni wybitnie uzdolnieni np. w sztukach plastycznych. Danych o różnicach między płciami dostarcza więc porównanie nie jednostek, a odsetka osób każdej z płci wykazujących określone zdolności".



Źródło: Wikipedia

piątek, 4 stycznia 2008

gra w klasy

Dziś spotkałam w metrze czarnego jezusa. Stał w moim wagonie grożąc palcem każdemu, kto tylko się na niego spojrzał. Chyba mnie nie dostrzegł, stałam za daleko obserwując go ukradkiem przez ramię pięknej Azjatki. Miał pomarańczową kurtkę i strasznie pogniecione spodnie. Wyglądał żałośnie, ale miał w sobie coś dziwnego i przerażającego. Wykrzykiwał, że go zawiedliśmy, że miał inny plan i że daje nam ostatnią szansę. Ludzie słuchali go w skupieniu i kompletnej ciszy. Ze spuszczoną głową pochłanialiśmy wulgarny wykład na temat naszej ludzkiej niedoskonałości i ułomności. Każdy, kto tylko do końca wysłuchał jego słów w pokorze wychodził z pociągu analizując po drodze każde słowo czarnego boga. Jeśli wierzysz w jego istnienie, kto wie może to był właśnie on. Dla mnie był tylko prawdomównym popieprzonym do bólu wariatem…

Ooo tak mnie naszło… kurde zagrałabym w klasy. Nie grałam z 18 lat!

środa, 2 stycznia 2008

rybka

Siedzę na tym angielskim zadupiu, co Reading się zwie. Nic tu nie ma oprócz nudy. Nuda wyłazi z każdej ulicy, domu, stacji benzynowej czy pubu. Umieram z nudów. Co za nuda. Kurwa! Nie ma tu nawet telewizji. Nic nie ma. Jedni grają w szachy, inni czytają komiksy, a jeszcze inni dostają dzikiego pierdolca i gapią się tępo przez okno na sygnalizację świetlną. Obliczyłam nawet, że światło z czerwonego na zielone zmienia się co 20 sekund. Kur.. żeby człowiek takimi pierdołami się zajmował. Wszystko tu dziwne. Nawet kibel jest psychodeliczny. Na ścianie w toalecie wisi wielki plakat z Audrey Tautou, która gapi się tymi wielkimi oczami na każdego kto tylko tam wejdzie. Co za stres. Ucieknę stąd zaraz zabierając po drodze biedną małą płaską rybkę, którą jakiś zasraniec umieścił w okrągłym akwarium. Biedna rybka będzie do końca swoich dni pływać w kółko. Kur… co za niesprawiedliwość!

wtorek, 1 stycznia 2008

mózg

Dziś mamy pierwszy dzień 2008 roku. Tak naprawdę ta noworoczna informacja nie jest dla mnie niczym szczególnym ponieważ od kilku miesięcy żyję w przeświadczeniu, że właśnie mamy 2008. Ten sam problem pojawia się przy okazji pytań o mój wiek: A ile ty właściwie masz lat? I znów od ponad trzech lat mówię wszystkim, że 25. Zupełnie nie mam do tego głowy. Jakby tego było mało mam również trudności z zapamiętywaniem imion, nazw ulic i innych pierduł i popierduł. Natomiast ku uciesze mojego rozumu (nie rozumku, a rozumu!) przyznaję, że mam doskonałą pamięć wzrokową, czyli napisz jej na kartce, a zapamięta. Dziś jednak kiedy owe braki pamięciowe i liczbowe zaczynają mi poważnie doskwierać znalazłam wreszcie sensowne wytłumaczenie. Otóż to wszystko przez alkohol, który systematycznie odwadnia mój organizm powodując kurczenie się mózgu. „Kiedy objętość mózgu się zmniejsza, opona twarda ulega zniekształceniu, włókna zostają podrażnione. To może być jedna z przyczyn charakterystycznego dla kaca tępego bólu głowy” - twierdzi prof. Waltenbaugh.

Jej! Precz z alkoholem! Tyle straconych lat! A mogłam mieć taki wielki mózg…