Wczoraj wróciłam do Londynu. Nie wiem nawet czy mogę użyć słowa „wróciłam”, bo wraca się z reguły do domu, albo tam gdzie człowiek ma jakąś tam swoją przysłowiową przystań, ale co tam, nie ma co się rozwijać, bo potem wszyscy myślą, że mam czarne myśli albo, że zaraz się powieszę, otruję albo skoczę pod pociąg. A tu jeśli chodzi o pociągi to mamy do wyboru do koloru. Nie trzeba się zatem zbytnio dołować. Postanowione! W tym tygodniu moi drodzy myślimy„po amerykańsku”. Jak pytają jak jest - to trzeba od razu odpowiadać: pięknie, cudnie i wspaniale, a na koniec, że tak w ogóle to lepiej być nie może. Więc głowa do góry!
Dziś przyjechali znajomi z Nju Jork. Nie widzieliśmy się ze sto lat. Wyglądają wspaniale, zupełnie jak kilka lat temu. Ona chce wrócić na wyspę, wybudować dom pod Londynem, rozmnożyć się jak przystało na panią dobijającą do trzydziestki, a On jak to On – jemu w głowie latanie, praca w centrum miasta, puby, piwo i zabawa, ale z umiarem. Teraz już umiarem.
Ciągle widzę welony, śluby, białe suknie. W sklepach białe szpilki, obrączki, na ulicach wózki, dzieci, grzechotki, śliniaki, pieluchy, bobasowe uśmiechy, radość rodziców, zazdrosne spojrzenia koleżanek. Ta wychodzi za mąż, ten się oświadczył, ta będzie mamą, a ten z drugiego tatą. Ta z klatki obok spodziewa się bliźniaków, a ta w telewizji właśnie poleca te, a nie inne gerberowe mamałygi. Do z rzygania, zarzygania i wymiotów. I tak w kółko.
No i powoli zaczynam myśleć, że ze mną jednak nie jest wszystko w porządku, ale co gorsze mam to tradycyjnie w dupie. W dupie to mam! Wyjdę za mąż po 30-tce, a zapłodnić się dam dopiero przed 40-tką, a jak nie to adoptuję. Tak! Przygarnę piękne bobasy z Afryki. Wspaniałe czarne cudne maluchy. I będziemy żyć długo i szczęśliwie jak to zwykle w bajkach bywa.