Na początku było nas osiem, może nawet dziesięć. Sama już nie wiem. Liczę, myślę, a tu raz po raz wychodzi zupełnie inna liczba. Dodaję, odejmuję, mnożę i dzielę. Potem znowu sprawdzam. I nic. I wielka czarna dupa. Dlatego nie ma się co przejmować, nie ma co się przemęczać. Napiszę po prostu, że było nas koło dziesięciu. Poznałyśmy się jeszcze w liceum, tapir na głowie, modne w tym czasie kurtki „puchówki”, gęba nie od parady i różne charakterki. Ta siaka tamta owaka, ale w sumie zawsze razem i po jednej stronie barykady. Dobre liceum, w centrum pięknej i jednocześnie szaro-mdłej stolicy.
Papieros w wymalowanych ustach, wylakierowane do granic możliwości włosy przypominające pancernik albo w najgorszym wypadku stalowy garnek z uczelnianej stołówki. Piękne, modne i powabne. Takie właśnie byłyśmy. A teraz? Nie ma co narzekać. Teraz jesteśmy po prostu inne. Nie gorsze, nie lepsze ale inne, bardziej zmodyfikowane, bardziej dorosłe, takie nowobogackie matki Polki – z jedną nogą tam z jedną już tu.
Z dziesiątki, zostało nas może z sześć. Reszta nie zdała egzaminu poprawkowego z przyjaźni i innych pierduł i popierdół. Za to my – te co się ostały – kochamy się ponad miarę – oczywiście w granicach rozsądku i zdrowego pożycia przyjaźnianego.
Od dwóch lat mieszkam w Londynie, mieście powszechnie rozumianej tolerancji i szacunku do innych kultur. Przyjechałam tu nie za chlebem, nie dla przygody ale z miłości. Tak, śmiej się lub nie, właśnie z miłości. Skrzydła czerwono – różowego uczucia zaprowadziły mnie właśnie tu, do Londynu. On uroczy pracoholik dostał tu swoją wymarzoną posadę informatyka fanatyka ze skłonnością do przesady i siedzenia po nocach przed komputerem. Przyjechałam, spakowałam walizki, spakowałam dotychczasowe życie i oto jestem. Przed twoimi drzwiami, bez planów, bez postanowień, bez grosza przy duszy, bez niczego, ale za to bezgranicznie szczęśliwa bo dla kogoś. Oczywiście tak było kiedyś, teraz jest teraz, czyli tymczasowe zawieszenie próżniowo-strychowe wypełnione głuchą pustką i mnóstwem pytań do samej siebie: po co to było? Ale nie ma co się zadręczać, nie ma co przesadzać, krótkie wakacje lekarstwem na wszystkie problemy mózgowe myśleniowe. Więc przyleciałam. Jestem. W naszej kochanej Polsce, gdzie Zachód styka się ze Wschodem, gdzie wszystko nabiera kształtów i wypełnia się odpowiednimi kolorami, a na niebie wisi biało-czerwona chorągiew trzymana przez Chrystusa i całą jego pobożną elitę. Tu Wałęsa, tu Jan Paweł II, tu ktoś tam i tam ktoś tam. Więc módlmy się i zachwalajmy cały katolicki naród, bo tylko on zostanie zbawiony. Tak tak, nie ma się co czarować Alicja Tysiąc spali się w piekle, a te co poszły w jej ślady będą się smażyć na patelni z masłem orzechowym. Oczywiście ja nie mam z tym nic wspólnego, ja umywam ręce i całym sercem popieram nauki przed małżeńskie. Szczególnie te weekendowe, gdzie współżycie przed ślubem równa się obcowanie z szatanem, a prezerwatywy i inne takie nie dopuszczą mnie do zbawiennych niebieskich wrót raju przed którymi Bóg rozlicza nas ze wszystkich złych uczynków. Boska tablica z plusami i minusami wisi dumnie nad głowami polskiego społeczeństwa. Każdy w strachu, każdy przerażony, a Pan patrzy i oblicza ile za ile przeciw...
czwartek, 29 października 2009
o dupie Maryni
Studiuję. Może być. Poznałam fajnych ludzi. Owszem pijemy. Czasem. Zaglądam nawet do książek. Przeglądam, czytam co czwarte zdanie, oglądam tabelki i wykresy. Intrygują mnie okładki, szczególnie te kolorowe. W dalszym ciągu uwielbiam przesiadywać w dużym pokoju, zamykać oczy i myśleć, że jestem w Polsce albo że teraz rozmawiamy. O czym? A to różnie, najczęściej o dupie Maryni jeśli takowa w ogóle istnieje. Najczęściej jednak to ty opowiadasz mi o sobie. Jesteś znacznie ciekawsza ode mnie. Ja już nie mam nic do powiedzenia.
wtorek, 6 października 2009
powrót
Postanowiłam. Za rok wracam do Polski. Skończę studia i wracam. Na statku z biało-czerwoną flagą dumnie powiewającą po bałtyckich falach. Przyszedł czas na rozliczenie się z przeszłością – to zdanie uwielbiają polscy politycy. Mówię NIE – Anglii i angielskim zwyczajom. Nie i koniec. Nie wiem jeszcze co będę robić, może zostanę strażakiem albo ogrodnikiem, zresztą nie ma co gdybać na pewno coś się znajdzie. Zaczynam w myślach dekorować i urządzać moje mieszkanko – najpierw kolorowa sofa w dużym pokoju, w kuchni duży rodzinny stół dla mnie i Szatka. Świecznik w łazience i duże dębowe łóżko w sypialni. Kilka krzeseł stary telewizor i mnóstwo półek z infantylnymi książkami. Tak tak, tak oto wyglądać będzie mój nowy dom. Mój. Mój i Szatka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)