W piątek Gdańsk, w sobotę morze, w środę stolica…
Człowiek jak się gdzieś zasiedzi to już koniec świata. I pomyśleć, że dokładnie rok temu rozpoczynałam przygotowania do emigracji. Mówiłam sobie w duchu, że tylko na chwilę, że na moment, a tu proszę… prawie rok.
W głębi duszy – jeśli takową posiadam – czas czas i jeszcze raz on, przeraża mnie i doprowadza do rozpaczy. Z daleka myśli i widzi się więcej. Myślę o mojej Polsce, o polityce, o gospodarce, o zmianach, które niczym połączenie ślimaka z obrzezanym osłem nadchodzą z siłą kalekiego nietoperza. Myślę i myślę. A potem widzę. Widzę jak stajesz się dorosły, jak powoli zakorzeniasz się i puszczasz pędy. Wiem szybciej niż Ty, że za chwilę staniesz się rodzicem, że wybudujesz dom i będziesz żyć życiem dorosłych i rozsądnych człowieków. Widzę i własnym oczom nie wierzę. Że ja, że ty, że ona i on będziemy tacy dorośli – jak moja mama, tata, czy ciotki i wujkowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz