piątek, 25 lipca 2008

pies o imieniu „koń”

Muszę przyznać, że zmiana mieszkania mi służy. Przybrałam trochę na wadze, zmieniłam nieco kolor włosów i zaczęłam palić na balkono-tarasie. Co istotne – polubiłam nawet moich sąsiadów. I tych z góry i tych z prawej. I choć dotychczas nie zamieniłam z nimi ani słowa, muszę przyznać, że darzę ich czystą i niczym nie skażoną sympatią.

Wewnętrznie również jestem nie do poznania. Moje odchyły są teraz bardziej proste niż krzywe, a psychika zmierza w kierunku równowagi i błogiego spokoju. Czego więc można chcieć więcej?

Na pracę również nie mogę narzekać. Wszyscy są dla mnie raczej wyrozumiali niż wymagający – chociaż zauważyłam ostatnio lekkie ciśnienie. Muszę ciągle i wciąż pracować nad moim techniczno-telekomunikacyjnym słownictwem. Czasem mam wrażenie, że to jak głową w mur, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że walczę z tym jak mogę. Codziennie po pracy zasiadam grzecznie do komputerka, wstukuję nowe słówka i powtarzam do usrania i zesrania. Gadam i gadam i wbijam do tej pustej opornej głowy zdania, frazy i inne słowne dziwolągi. Zauważyłam jedną prawidłowość – na 20 nowych słów jestem w stanie zapamiętać może ze dwa. Nie wiem kurwa, nie wiem, no jest to – przyznam – trochę zniechęcające. Ale powalczę. Nie można się tak ciągle tylko poddawać.

A z nowości…hmm… chyba nic ciekawego. Aha wczoraj w parku (w parku jadam obiady) dosiadł się do mnie bezdomny i przedstawił mi swojego psa o imieniu „Koń”. Warto podkreślić, że Koń miał może ze 20cm i osobiście przypominał mi bardziej szczura albo królika, no ale nie mnie to oceniać.

piątek, 4 lipca 2008

eliminacja

Na razie nie mam w nowym mieszkaniu internetu i wszystko wskazuje na to, że panom odpowiedzialnym za instalację zajmie to co najmniej 100 kolejnych lat. Nie wiem, co sądzic o nowej miejscowce – prawdę mówiąc trochę mnie to miejsce przeraża. Wszędzie tylko anteny satelitarne i ciemna “śmietanka” londynu raz po raz zaglądajaca mi w okna. A Azja mówiła “Nie wprowadzaj się tam, gdzie są anteny, bo to oznacza dość sporą mieszankę kultur”. I chyba miala rację. Nie będę się tu usprawiedliwiać jakimiś tam farmazonami, powiem tylko, że preferuję miejsca zamieszkiwane przez bliską mi “kulturę” – moją własną. I doprawdy mam w dupie, że ktoś zaraz wytknie mi brak tolerancji czy otwartości. Jakiś problem? Wpadnij do Londynu i pomieszkaj sobie trochę, a zobaczysz co to znaczy strach. Bo ja zaczynam się naprawdę bać moi drodzy i to coraz bardziej. Codziennie kogoś mordują, codziennie jakieś porachunki gnojowych gangów. I co gorsza, kurwa mać, nie ma reguł! W piątek w mojej dzielnicy zabito 17-letniego chłopaka – dostal 11 ciosów nożem. W niedzielę zamordowano dwóch francuskich studentów na południu Londynu – w sumie dostali 243 ciosy nożem w plecy, szyję i głowę. 23-letni studenci, którzy wpadli tu tylko na kilku tygodniowy staż na jakiejś tam prestiżowej uczelni, w ostatni weekend zostali z premedytacją i w okrutny sposób pozbawieni życia.

Przedstawieciel tutejszej policji stwierdził, że w całej swojej karierze nie widział tak przerażającej zbrodni.

Nasuwa się zatem pytanie, co też kurwa trzeba mieć w tej bani nie tak, żeby chwycić za nóż i wbić go kilkanaście razy komuś w twarz?