wtorek, 30 października 2007

czarny

Weekend miałam cudowny. Nawet się nie spodziewałam, że przełknę siostrę pana X tak łatwo. Było naprawdę miło. Wspaniale mieć pod jednym dachem dwóch Francuzów! Przez cały weekend nic tylko gotowali, kupowali i znowu gotowali. Ja tylko wstawałam z łóżka na gotowe. Zresztą chłopak pani Y robił dokładnie to samo co ja. Oni gotowali, a my jedliśmy, spaliśmy, jedliśmy i znowu w kimę. Wieczorami chcąc nie chcąc musiałam się ogarniać, myć głowę, brać prysznic by potem silić się na angielskie wypowiedzi w starych, obskurnych londyńskich pubach. Nie wiem ile wypiłam w ten weekend. Hektolitry browarów. Byliśmy też przez chwilę w jakimś dziwnym Klubie. Czarni tańczyli na podłodze, przybierając dziwaczne pozy. Jednego nie można im zarzucić. Tego cholernego poczucia rytmu. Mistrzostwo świata. Oprócz wygibasów pamiętam jeszcze tylko kibel, a w nim wielką, obleśną babę klozetową. Zbierała chajs za każdy litr moczniku. Taki widok powala na kolana. Nie do opisania. Jak z filmu. Baba była tak gruba, że zajmowała całą powierzchnię kibloroomu. Masakra. Resztę siku trzymałam wytrwale do końca. Nie dałam ani grosza więcej. Zresztą moja kasa topnieje w oczach, a pracy na razie nie widać. Zaczynam oszczędzać.

Jestem zmęczona. Dziś czeka mnie ciężki i stresujący dzień. Moja chwila prawdy. Dzień próbny w restauracji. Muszę się ładnie ubrać i nie dać po sobie poznać, że się nie znam na tym na czym znać się powinnam. Będę udawać. Postaram się nie przejmować. Co ma być to będzie. Najwyżej nie dostanę tej roboty. Zresztą w środę mam kolejne interview. Powoli zaczynam do tego wszystkiego przyzwyczajać. Powoli, opornie, ale do przodu. Byłam dziś w banku. Mam już numer konta. Pani z obsługi Klienta co chwila pytała się mnie czy aby na pewno nic mi nie jest. A co ma kur… być?! Jest pięknie! W banku połowa personelu to Polacy, na ulicach no rusz słychać język polski, a na budowie koło domu 90% to Polacy. Wspaniale!

Ludzie to mają pierdolca. Nie mogę oglądać telewizji – reklamy doprowadzają mnie do białej gorączki. Od dziś tylko radio. Aha oprócz tv irytuje mnie jeszcze jedno. Słowo „lovely”. Działa mi niesamowicie na nerwy szczególnie gdy zaczyna przybierać różne formy poprzez dodawanie ozdobników w stylu: „ooo lovely” „lovely!” ‘wow, lovely!’. Wszyscy wszędzie wypowiadają to słowo. W pubie, w autobusie, metrze, na ulicy po prosu wszędzie! Niech sobie w dupę wsadzą to „lovely” – wtedy dopiero będzie „lovely”.

„lovely” „lovely” „lovely” „lovely” „lovely” „lovely” „lovely” „lovely”

Tęsknię za domem. Bardzo. Umarłam.

piątek, 26 października 2007

szynka

Dziś przyjeżdża siostra pana X z którym mieszkam. Ma przyjechać z chłopakiem. Cieszę się przeogromnie. Normalnie umieram ze szczęścia... Dostałam wytyczne: mam być miła, uprzejma i uśmiechnięta. To ostatnie mogę jakoś przeboleć. Uśmiech mam już wyćwiczony. Popracuję jeszcze nad "miła" i "uprzejma".

Nareszcie kupiłam normalną wędlinę. Tradycyjnie - pakowana, ale zjadliwa. Najpierw dałam na spróbowanie Kotu. Wpierdzielił jak sie masz. To dobry znak. Można zacząć myślec o kanapkach.

Lecę odkurzać. Wyślę może jakieś cv.

wanilia

Wczorajsza rozmowa o pracę przebiegła dość sprawnie. Stres ogarnął mnie jakąś godzinę przed spotkaniem. Na szczęście minął bezpowrotnie w drodze na interview. Dlaczego? Bo jak tylko wyszłam z domu to zaczęło potwornie padać. Maska nad, którą tak starannie pracowałam spłynęła gdzieś sto metrów od domu, nowa spódnica wrzynała mi się w tyłek i biodra, a buty na wysokim obcasie - tak! na wysokim! - zawiodły mnie po całości. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę jakie te chodniki są krzywe. Musieli je wykładać faceci. Czy oni w ogóle zdają sobie sprawę co to znaczy chodzić na obcasach? Niech sobie spróbują. Biedne baby. Teraz na poważnie - współczuję kobietą na szpilkach. Kochane jestem z Wami całym sercem! Następne chodniki wyłożymy same! Bez dziur, gładkie, płaskie, idealnie proste. A tymczasem precz ze szpilkami! Precz!

Dzwonił Angol. Mam przyjść we wtorek na dzień próbny. Niech sobie w dupę wsadzi ten dzień próbny. Nie chcę. Chyba już mi się odechciało.

Wczoraj w mieszkaniu spadłam ze schodów - wypiłam dwa piwka na rozluźnienie, ale żeby od razu spadać z wysokości. Mam stłuczoną rękę i boli mnie tyłek. Ja to mam szczęście!

środa, 24 października 2007

chmurzysko

Dziś zadzwonili do mnie w sprawie pracy. Praca całkiem całkiem jak na kogoś kto właśnie przyjechał do uk. Recepcjonistka w mega ekluzif restauracji. Pożądany kandydat to taki, który gada płynnie po angielsku, posiada zdolności komunikacyjne, umie pracować pod presją czasu i jest odporny na stres. Oczywiście nie gadam płynnie po angielsku chyba, że po pożądnej dawce alkoholu, nie posiadam zdolności komunikacyjnych ponieważ jestem uczulona na tłum i wszelkie z nim kontakty mam po prostu w dupie, o co do stresu to jedno mogę przyznać - stersuje się średnio co 2 sekundy. Ale pójdę. Muszę. Najwyżej powiedzą, że dziękują. Tudno przyjmę to z należytą godnością, honorem i stanę dalej do walki o pracę.

Idę oglądać gówniane Jericho.

gorzka czekolada

Dochodzi pierwsza. Siedzę. Nie mogę zasnąć. Co tu robić? Chyba teraz rozumiem dlaczego Kuba chodzi spać o 4 nad ranem. Nie ma co się dziwić, bo nie ma co robić,a jak nie ma co robić to nie ma co się dziwić. Więc siedzę i gapię się bezmyślnie w telewizor. Idzie program dla nauczycieli. 24 godziny na dobę. O czym oni w ogóle gadają. Kurwa jacy ci Anglicy są głupi. Jutro zarezerwuję bilet na święta. Koniecznie. Umieram. Umarłam. Dobranoc.

wtorek, 23 października 2007

ciasteczka

Od poniedziałku zacięcie i wytrwale szukam pracy. Na razie wysyłam cv gdzie popadnie, ale prawda jest taka, że odkąd tu jestem zaczynam poważnie wątpić w moje językowe umiejętości. Brytyjski akcent mnie rozwala, powala na łopatki od momentu wjazdu na teren Wielkiej Brytanii. A to stanowi dla mnie dość spory problem. Dlaczego? Bo strasznie nie chcę pracować w barze, zmywać naczyń, czy obierać ziemniaków. Chcę poszukać bardziej ambitnej pracy, ale sama już nie wiem. Na szczęście na razie nie mam czasu się nad tym zastanawiać bo mega tęsknię za rodziną, przyjaciółmi i polską kiełbasą. Zaczynam coraz częściej myśleć o otwarciu sklepu z polską kiełbasą gdzieś koło mieszkania, które wynajmuje wspólnie z chłopakiem. Zaczynam wariować na punkcie jedzenia bo żarcie jest tutaj nie do zniesienia. Nawet chleb smakuje inaczej. Zjadliwa jest tylko cebula, szczypiorek, jajka i ketchub firmy tesco. Tak tesco! Jakże by naczej. Wszystko tu kupuje tescowe. Dużo też pifkuję jakby to powiedział Kuba. Średnio dwa piwa dziennie na poprawę samopoczucia i dobry początek dnia. Na jedno więc narzekać nie mogę. Na alkohol. Piwo jest tu naprawdę dobre. Brakuje mi też piłkarzy. Nagrałam się solidnie w te wakacje. Najdos - biedaczek musiał mnie codziennie odprowadzać nawalną do domu. Ale co tam. Jest co wspominać.

Cholera za dużo piw. Zaczynam tesknić za domem...

cukiereczki

Zdecydowałam się w końcu na emigrację. Trochę wbrew sobie spakowałam walizki, pożegnałam się z bliskimi, wzięłam kota pod pachę i ruszyłam samochodem na wyspę. W tej dziwnej bądź co bądź podróży towarzyszyli mi rodzice. Jechaliśmy dwa dni. Non stop. Na zmianę. Spytasz po co to wszystko. Proste. Dla kota.