wtorek, 29 kwietnia 2008

as pik

Kilka lat temu, na rynku w Kazimierzu Dolnym zaczepiła mnie Cyganka. Złapała moją rękę i po kilku minutowej wnikliwej analizie oznajmiła, że już nie długo wyjadę za granicę i nigdy tak naprawdę do Polski nie powrócę. Po chwili dodała uprzejmie, że będę miała dwójkę uroczych dzieci i umrę spełniona w wieku 93 lat. W odpowiedzi parsknęłam tylko głupim, infantylnym śmiechem i w spokoju dokończyłam mój cudowny lodowy deser.

Byłam tam ponownie rok temu, siedziałam dokładnie w tej samej knajpie. Rozpoznałam ją niemal od razu. Kierowała się w moją stronę patrząc mi wnikliwie w oczy. Wyraźnie się postarzała, od czasu kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. Tylko jej czekoladowe rumuńskie oczy pozostały niezmienne. Podeszła do mnie, pokiwała porozumiewawczo głową i odeszła w nieznane.

Już prawie siedem miesięcy, jak jestem na emigracji. Przeklinam dzień w którym Cię ujrzałam – Cyganko. Przeklinam…

Tak bardzo kocham moją Polskę, moją rodzinę, moich znajomych – bliskich i dalszych. Nie ma dnia, żebym za Wami wszystkimi nie tęskniła. Tęsknię za mamą, która pisze prawie codziennie, za tatą, który potrafi mnie wyprowadzić nawet z najtrudniejszej sytuacji, za bratem, który zdaje teraz maturę, za ukochaną babcią, która choć nie gra już ze mną w piłkę to jednak ciągle o mnie myśli – wiem, bo czuję. Nie chcę tu zostać na zawsze. Tak bardzo nie chcę. I choć daleko mi od bycia Katoliczką, to dziś proszę Boga o to, by zmienił moją kartę – na asa pik.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

zły sąsiad

Nienawidzę moich sąsiadów. Boję się, że kiedyś ich po prostu rozpierdolę. Wybiję szybę, wpadnę do środka i zdetonuję jakiś granat. To całkiem możliwe. Co prawda staram się z tym walczyć, ale to przynosi bardzo małe efekty. Kobietę jakoś toleruję, ale jak widzę tego jej lowelasa-kutasa to mi się normalnie zapala jelito grube. Na domiar złego, tydzień temu kupili sobie psa – małego cudownego pieska. I co? I leją go regularnie tak, że aż biedaczyna sika pod siebie ze strachu. Pytanie: skąd o tym wiem? Bo leją go codziennie pod domem tak mocno, że jego skowyt zbudziłby umarłego z epoki kamienia łupanego.


Dlatego jeśli, któregoś dnia przyjdzie mi siedzieć, to przynajmniej będzie wiadomo dokładnie za co.

ławka

W sobotę wstałam rano i poszłam biegać. Biegłam i biegłam mijając po drodze pseudorybaków, małe łódeczki, ławeczki, kaczuszki i puste puszki. Biegłam i biegłam. W za małych gaciach wpijających mi się raz po raz w tyłek, w za dużych spodniach zsuwających mi się nieco poniżej bioder. Biegłam i biegłam, a pot spływał mi z czoła. Kap kap kap. Ale biegłam i biegłam mijając po drodze innych pseudosportowców i spragnionych piwnych wrażeń londyńskich pijaków. Biegłam i biegłam, by wypocić z siebie wszystkie te złe emocje.

Wreszcie dobiegłam. Do końca. Do ławki! Piękna rozgrzana słońcem ławka czekała właśnie na mnie. Usiadłam na niej czym prędzej, zamknęłam oczy i usnęłam. Na ławce… Na pięknej ciepłej ławce. Mojej ławce…

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Klaudyna

Pierwszy raz pomyślałam o niej naprawdę mając zaledwie 5 lat. A wszystko to za sprawą rybki Klaudyny, którą pewnego dnia znalazłam martwą w moim nowym, czyściutkim i pachnącym akwarium. Klaudyna unosiła się bezwładnie przy powierzchni wody wpatrując się tępawo w nowo zakupionego glonojada Jeremiego, który niczym nie wzruszony kontynuował „czyszczenie” szyb. Początkowo myślałam, że Klaudyna tylko udaje żeby mnie rozbawić albo w najgorszym wypadku zdenerwować, ale kiedy następnego dnia nadal pływała do góry brzuchem pomyślałam, że czas zasięgnąć matczynej opinii. Na diagnozę nie trzeba było długo czekać. Po krótkich oględzinach, mama stwierdziła zgon rybki. – Klaudynka umarła kochanie. Poszła do nieba – powiedziała smutno i wzięła mnie na ręce. – Tak to już jest na tym świecie, na wszystko przychodzi czas – dodała po chwili milczenia. Początkowo nie za bardzo rozumiałam, co mama tak naprawdę miała na myśli. Wydawało mi się, że skoro Klaudyna poszła do nieba to znaczy, że najprawdopodobniej już wkrótce znowu do nas wróci. A z drugiej strony jak mogła pójść skoro fizycznie nadal była w moim akwarium – no tego już pojąć nie mogłam. W końcu, po kilkugodzinnym wpatrywaniu się w Klaudynę, albo raczej w to co po niej zostało, zrozumiałam, że moja pomarańczowa rybka odeszła, umarła i zasnęła na zawsze.

Nigdy więcej już nie ujrzałam Klaudyny.

Klaudyna umarła.

czwartek, 17 kwietnia 2008

szklanka

Znalazłam na półce starą, zakurzoną butelkę whiskey. Wyjęłam z szafki pierwszą lepszą szklankę, wrzuciłam do niej kilka kostek lodu i zalałam do połowy alkoholem. Po kilku sekundach walki z samą sobą odważyłam się spróbować. Moc procentów i niebywały smród whiskacza uderzył ze zdwojoną siłą. Ohyda. Coś przeobrzydliwego. A jednak wypiłam. Wypiłam całą gównianą zawartość szklanki.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

telefon

Co wieczór czytam o nowych telefonach, sieciach bezprzewodowych, operatorach komórkowych, kongresach, seminariach i innych zjazdach mobilno-telefonowo-sieciowo-odbywających się. Nie mam nawet czasu na wypicie piwa. Mało tego, ja nawet nie mam czasu żeby je zakupić! Cała ta zabawa w telekomunikację mnie zabija. Zabija mój alkoholizm!

Już nie długo nic mi już więcej nie pozostanie...tylko telefony...

niedziela, 13 kwietnia 2008

anioł

Weekend tak szybko mija… Z minuty na minutę coraz bliżej poniedziałku. Nienawidzę czasu. Niech ktoś albo coś sprawi, żeby czas w końcu stanął w miejscu – choć na chwilę, choć na moment. Na samą myśl o nowym tygodniu robi mi się niedobrze. Nie chcę. Kurwa nie chcę! Normalnie jak Rzecki z „Lalki” będę teraz dzień w dzień chodzić do roboty. A swoją drogą biedny Ignacy... miał w sumie strasznie nudne życie. Ignacy heh wyrazy współczucia i szczere kondolencje stary. Miałeś przejebane. Niby praca uszlachetnia, ale ja kurde pier… te wszystkie „pozytywne” strony mojej monotonnej egzystencji. Może jakaś odmiana? Fitness, aerobik, gra na skrzypcach? A może poprostu zapiszę się do jakiejś sekty. Heh no a skoro już mowa o sektach, to nie obrażając uczuć religijnych innych, napiszę tylko, że od trzech tygodni, co sobota, wpadają do mnie świadkowie Jehowy i za każdym razem zapowiadają nieuchronny koniec świata. Zupełnie nie wiem jak im powiedzieć żeby się odpierdolili. Powinnam pewnie wykopać ich za drzwi, ale jak tylko pomyślę o tym „końcu świata” i o perspektywie szybkiego zbawienia to jakoś nie mogę. W tym tygodniu zostawili mi ulotkę na temat nieba i pisemko o aniołach. Wspaniale! Zawsze podniecały mnie anioły.

wtorek, 8 kwietnia 2008

praca

Od dwóch dni jak każdy normalny i szanujący się człowiek chodzę do pracy. Od dwóch dni wstaję o godzinie siódmej rano, idę pod prysznic, przeglądam pocztę i zjadam ładnie śniadanie. Następnie wklepuję maskę, prasuję bluzeczki, szoruję zęby i lecę do metra. Tam, jak na grzeczną i miłą dziewczynkę przystało uśmiecham się ładnie do wszystkich wokoło i zbiegam w pośpiechu ze schodów, przepraszając po drodze angoli i angolo – podobnych człowieków. Czy podoba mi się moja nowa praca? Oczywiście, że nie. Co za pytanie! Jak praca może się w ogóle podobać?! Chociaż gdybym na przykład była ogrodnikiem to myślę, że wówczas mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że kocham swoją pracę. Codziennie sadziłabym cebulę, ziemniaki, kwiatuszki i inne krzaki i warzywa. I tu od razu nasuwa się pytanie, czy ziemniaki się w ogóle sadzi? Nie wiem. I to jest właśnie jeden z powodów dla których nie zostałam ogrodnikiem, a… No właśnie: Kim? Też nie wiem. Najważniejsze jednak, że mam pracę – tak powiedziała moja mama, a jeśli ona tak mówi to tak ma być. I bez dyskusji! Praca, w opinii mojej mamy sprawi, że odtąd wszystkiego będzie więcej. Więcej pieniędzy, obowiązków, znajomych – generalnie będzie WIĘCEJ. A jak więcej to i lepiej. Więcej wstaję i idę. Idę do pracy!