czwartek, 21 lutego 2008

obrany ziemniak

Muszę to napisać, po prostu muszę – Jak ja kurwa nienawidzę prasować, zmywać i gotować! Szczególnie jak myślę o gotowaniu to mnie normalnie dopada takie ciśnienie, że aż mi się wszystkiego odechciewa. Wszystkiego! Biorę takiego przykładowego ziemniaka, sięgam po nóż i kurwa… niech mi to ktoś wytłumaczy dlaczego z tego wielkiego kartofla po moim profesjonalnym obraniu zostaje mi coś wielkości zęba. Nie wiem kurwa, nie wiem. Potem jak już się naobieram za dziesięciu - to niczym się niby nie przejmując - przechodzę do dajmy na to…obierania cebuli. Dlaczego akurat cebuli? Nie wiem, a dlaczego nie! Biorę taką cebulę i obieram, obieram i obieram, a łzy lecą jak opętane. Kap, kap… jedna po drugiej. Plum, plum i na ziemię. Latam wtedy po mieszkaniu jak oparzona wykrzykując KURWAAAA i przechodzę do kontrataku. Jak to wygląda? Proste! Biorę zapałki i je rozpalam. Po co ja to robię?? Znowu nie wiem - to ma chyba sprawić, że przestanę wreszcie łzawić. Oczywiście ta metoda z dupy wzięta też zawodzi po całości więc przerzucam się na kurczaka. Rzucam go na rozgrzaną patelnie i… wtedy to mnie dopiero rozpier… Tłuszcz kapie, leci i cieknie naokoło: na świeżo umytą podłogę, na czystą kuchenkę albo na wytarty kilka minut temu blat. I co kurwa?! I co?! Dla jakiegoś uśmierconego kurczaka tyle zachodu! A w dupie z tym. Dziś nie będzie obiadu. Zresztą nigdy go nie było i w tym domu już nie będzie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Z góry przepraszam za wulgaryzmy, ale jak tylko kur…

papieros

Zapaliłam papierosa. Wspaniały, cudowny papierosowy dym unosił się wysoko coraz wyżej…nad głową, nad ciałem, nad drzewem…i leciał i pędził…wyżej…i wyżej aż w końcu kompletnie zniknął… Mój kochany papierosowy dymmmmmmmmmmmmm

Dym umarł.

poniedziałek, 18 lutego 2008

woreczki śniadaniowe

Siedziała grzecznie w metrze późną wieczorową porą. W pięknym kolorowym wagonie, rozśpiewanym, roztańczonym, rozmarzonym… I myślała, słuchała i patrzyła.

- Hej ty! Z Polski jesteś, co? Jak masz na imię?

- Słucham?

- No jak masz na imię?

- Nie ma mowy, nie powiem

- No powiedz. Lecę za tydzień do Argentyny. Polecisz ze mną?

- Nie

- Ojciec kazał mi tu przyjechać, tu no wiesz… do Londynu. Ojciec od 30 lat produkuje woreczki śniadaniowe. Mam się nauczyć angielskiego i przejąć interes.

- Woreczki śniadaniowe? Jakie znowu woreczki?

- Heh no wiem głupio to brzmi, nikt nie wie co to dokładnie jest. No kurde woreczki śniadaniowe. Jestem z Kołobrzegu. A ty skąd jesteś?

- Z Warszawy

- Hmmm… Gdzie jedziesz?

- Nie twoja sprawa?

- No powiedz. A gdzie byłaś? Pogadajmy trochę

- Nie mam za bardzo ochoty.

- Powiedz chociaż jak masz na imię.

- Ewa

- Ewwaa…hmmm… Ładnie!

- Ewa, słuchaj a może…

- Wiesz co, kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, idę, wychodzę i spadam ok?

- Ok… Czekaj! A mógłbym Cię pocałować?

- Co?! Nie!

- No Ewa tylko raz… Obiecuję! No a jak byśmy się znali 2 miesiące to byś mi pozwoliła?

- Nie!

Wyszła. Normalnie trzasnęła by drzwiami, ale drzwi same zamknęły się z hukiem. I metro odjechało z frajerem na pokładzie i fabryką woreczków śniadaniowych do przejęcia.

piątek, 15 lutego 2008

Brixton

Nie dawno wróciłam z Brixton. Kto nie był to szczerze polecam. Warszawska Praga to przy tym pikuś to miejsce jest jak jakieś pieprzone londyńskie getto. Bieda, brud, smród no i te gównoloty wszędzie. Szczególnie bliska memu sercu jest tamtejsza poczta. Cudo i miód. Powinni kurde jakieś bilety wstępu sprzedawać przed wejściem – tylu wariatów co tam codziennie przychodzi to w całym swoim życiu nie widziałam. Gadają do siebie, krzyczą, biją się, walą po twarzy, śmierdzą, plują, wyzywają – żyć nie umierać. Radzę wziąć ze sobą aparat fotograficzny albo jak kto ma to i kamerę. Niezapomniane wrażenia gwarantowane.

Ale miejsce to ma jedną, heh co ja mówię... ma aż trzy zalety! Otóż jak tylko wylądujesz już na stacji metra Brixton to od razu będziesz wiedzieć, że to jest ten wymarzony kawałek ziemi. Nie wiedzieć czemu puszczają tam z głośników muzykę klasyczną. I nie ważne czy pada deszcz, czy wieje wiatr, czy grzeje słońce – nie ważne czy jesteś szczęśliwa, zadowolona czy też maksymalnie wkurwiona, bo i tak zawsze, ale to zawsze będzie coś tam „pięknego” rzępolić ci nad uchem. Słodycz nieziemska. Nie wiem kurcze, żeby nie było potem…ale z drugiej strony… jaki to ma w ogóle sens? Za każdym razem, gdy jestem na Brixton zadaję sobie to piękne skądinąd pytanie. Czy na przykład taki czarny pan, co właśnie wczoraj przyjechał tu dajmy na to z Jamajki, zabierając ze sobą tylko jedną parę gaci, rozumie w ogóle muzykę klasyczną? Powinni puszczać tam co najmniej jakieś reggae chyba co…?

P.S. Biała pani z Warszawy nie rozumie w ogóle klasycznych przyśpiewek, co zapewne świadczy o jej prostactwie i małostkowości. Trudno – co robić.

Kolejna ważna do zanotowania informacja: na Brixton urodziła się sama Sharon Osbourne. Pięknie co? Heh Co za postać! Co za osobowość! Ten znamienny fakt został nawet upamiętniony na jednej ze ścian jakiegoś tam domu handlowego: Sharon Osbourne born in Brixton. Now in Hollywood. Hehehe Co za informacja! Myślę, że ta wiadomość pokrzepiła nie jedną brixtonową jednostkę.

No i na koniec – jeśli masz jakieś ukryte fantazje typu: fajnie byłoby polatać nago po ulicy - to też zapraszam na Brixton. Nikt nawet nie zwróci na ciebie uwagi. No i nad tym trzecim punktem warto byłoby się poważnie zastanowić.

gołąb

Dziś widziałam rozjechanego gołębia. Nie wiem skąd się u mnie wzięła ta gołębiowa fobia, ale jak na razie trzyma się mocno i nie chce odpuścić. A przecież tak się starałam, tak chciałam je wszystkie pokochać – te ich małe głowy, wstrętne różowe nóżki i ten szaro-grafitowo-gówniany kolor. Uwzięły się na mnie gównoloty. Krążą mi złośliwie nad głową jak tylko wyjdę z domu. Sracze jedne…

środa, 13 lutego 2008

autobusowy - samochód

Skończyłam moje kochane praktyki. Teraz mam czas na znalezienie pracy. Dobija mnie to ciągłe poszukiwanie czegoś – po coś. Najwidoczniej tak już być musi. Więc szukam, wertuję i sprawdzam. Rzygam jak widzę kolejne ogłoszenia. Rzygam jak widzę moje cv. Rzygam jak widzę marchewkę. Miało być lepiej, a nie jest. I przestań ciągle pytać o to samo – bo się zrzygam, zarzygam i dostanę permanentnej kurwicy. Chcę…sama już nie wiem czego tak naprawdę chcę. Chociaż czekaj…wiesz… dziś siedziałam nad wodą i nic, ale to zupełnie nic nie robiłam. Co za uczucie! Słońce świeciło mi prosto w twarz, patrzyłam przed siebie i chyba nawet nic nie czułam…

Kupię za rok ten mój autobusowy - samochód i pojedziemy razem w nieznane. Chcesz? Pierdolić pracę i cały ten życiowy schemat – bo po co? – przecież za chwilę mogę dla Ciebie zniknąć na zawsze. Więc pakuj walizki...

niedziela, 3 lutego 2008

mama

Rozmawiałam właśnie z mamą. W sumie trudno nazwać to rozmową, bo nie wydałam z siebie praktycznie żadnego dźwięku. Ot co, zaledwie kilka wyrazów. Ale nie musiałam nic mówić – wszystko czuje i rozumie. Cóż to za ulga……………………………………..

„Nie musisz, a możesz kochanie”

„Dzięki Mamo”

truskawki

Weekend miałam udany. Widziałam, czytałam, zwiedzałam. I dałam sobie jakoś radę, co oznacza, że przetrwam, że dożyję – nie musisz się więc więcej martwić.


Żeby tego było mało, dziś nawet mnie zauważono: „Aja o rany, ale ty masz długie rzęsy. Ładne…”. I zniknięto w czeluściach naszego małego korytarza.

Konkluzja: Nie ma mnie tu. Do następnego tygodnia. Żegnam.

P.S. Uwielbiam truskawki!