niedziela, 9 marca 2008

szaliczek i rękawiczki

Mój wspaniały kolega kończy dziś 26 lat. I czy tego chce czy nie, w moim przekonaniu ma już lat 30. I choć nazwał mnie dziś szczylem, glutem i gnojówką to i tak nie zmienia to faktu, że i ja za kilka miesięcy osiągnę ten przerażający mnie po stokroć wynik. Od kiedy pamiętam zawsze chciałam być starsza. W przedszkolu chciałam być od razu w starszakach, w zerówce marzyłam o szkole podstawowej, a potem myślami byłam już w liceum i na studiach. Moje podejście do wieku zmieniło się radykalnie na czwartym roku studiów, a bardziej precyzyjnie, gdy stałam pod drzwiami czekając na obronę swojej gównolotnej pracy magisterskiej. Dokładnie w momencie, gdy otworzyły się drzwi do „sali obronnej”, a zza rogu wyjrzał mój ukochany promotor, w wielkich stalowych okularach, zdałam sobie sprawę, że mój czas młodości i studenckich libacji alkoholowych mija bezpowrotnie. Oto wkraczam w wiek przyszłych mam, ciekawej pracy, męża, własnego samochodu, mieszkania, gotowania, książek kucharskich, niańczenia, przewijania, cerowania, pieczenia, szycia, mycia, zmywania…. I gdyby nie profesorskie wołanie: - Pani Agato! Czekamy. Proszę wejść do sali – uciekłabym chyba w drugą stronę, choćby na sam koniec świata. Teraz, gdy tak patrzę na nasze poczciwe grono, czy na buraczaną naszą-klasę, godzinami wertując i sprawdzając starych znajomych czy innych przypadkowo spotkanych kiedyś ludzi – myślę sobie – co się kurwa z nami porobiło? Kto by kiedykolwiek pomyślał, że Robert z 8b może mieć dziś kilkuosobową rodzinkę, dzieci, żonę, psa i kota, a Anka z liceum jest już po pierwszym rozwodzie i zaczyna właśnie układać sobie życie u boku jakiegoś tam żonatego mężczyzny. Najgorsze jest jednak to, że moja osoba zapewne nie budzi żadnego zainteresowania wśród dawnych koleżanek i kolegów. Męża nie ma, pracy jak na razie też nie, a i o dzieciach nic nie słychać. A kochana Babcia za każdym razem powtarza – Kochanie, czy ja jeszcze w ogóle mam szansę zatańczyć na twoim weselu? – To zależy Babciu – odpowiadam. – Jeśli zamierzasz dociągnąć do 128 lat, to jak najbardziej. Po czym całuję ją w czoło i udaję się jak najszybciej do drugiego pokoju, by w spokoju poczytać o nowym związku Mandaryny czy wielkim biuście Ewy Sonet (co za cycki!). Ostatnio nawet podzieliłam się swoimi rozterkami z mamą. I choć od początku wiedziałam, że jest to zgoła ryzykowny temat, postanowiłam pójść za ciosem. Mama, jak to mama, na początku okazała wielkie zrozumienie, szarpnęła się nawet na słowa otuchy i pocieszenia. I gdy już tak zupełnie uwierzyłam, że rzeczywiście wiek nie ma wielkiego znaczenia i że na wszystko w życiu przyjdzie czas, nagle mamie puściły skrzętnie skrywane nerwy i emocje. – Ale jakby to tak dokładnie przeanalizować, to ty rzeczywiście jesteś jeszcze dzieckiem – powiedziała. - Zachowujesz się zupełnie jak dziecko! Czy ty wiesz, że córka mojej koleżanki – ta co jest w twoim wieku – w przyszłym roku bierze ślub! Kochana, nie można tak zawsze beztrosko stąpać po ziemi. Jak tylko przyjedziesz do Polski, to ja się za ciebie wezmę – mówiła widocznie poirytowana. – Aha i wiesz co? Mamusia kupiła ci ostatnio taki ładny różowy szaliczek i rękawiczki. Cudny komplecik! Spodoba ci się, zobaczysz.


1 komentarz:

Izabela Radomska pisze...

co za anka jest po rozwodzie? to jakieś dziwne informacje, to chyba nie nasze wspólne liceum?