czwartek, 9 października 2008

sztorm

Od prawie tygodnia jestem na Wyspie. Kręcenie, które w Polsce zdawało się bezpowrotnie skończyć zaskoczyło mnie ponownie w kilka godzin po przyjeździe do Londynu. W pracy udaję, że jest świetnie. Zdaję się nie zauważać kołyszących się biurek i wirującej pstrokatej podłogi. Najgorzej jest jednak w nocy, boję się, że wyskoczę z ciała i będę patrzeć na siebie z góry, przelatując w panice pomiędzy pokojami. Opracowałam nową technikę, która przywraca mi chwilowy spokój - raz po raz szczypię się a to w rękę a to w policzek, by poczuć ból własnego ciała. To mi pomaga.

Ostatnio pan X wraca z pracy nieco wcześniej. Patrzy jak leżę w łóżku gapiąc się z przerażeniem w sufit. Codziennie siedzi przy mnie, gdy zasypiam i zapewnia, że nie wyskoczę z ciała i nadal będę żyć. To też mnie uspokaja. Nawet bardzo. Świadomość nadejścia kolejnego dnia jak nigdy dotąd napawa mnie niepojętym optymizmem.

Tak bardzo nie chcę latać pomiędzy pokojami…

Dochodzi 21:00 a ja zaraz kładę się do łóżka. Postaram się zasnąć sama, bo dziś czuję się nieco lepiej. Kołysze tylko trochę – jak na spokojnym, ale ciągle nieprzewidywalnym morzu. Siła natury.

Tylko żeby jutro znów nie było sztormu…

Brak komentarzy: