piątek, 20 czerwca 2008

krasnale i wrożki

Oglądałam dziś w internecie wczorajsze „Fakty”...

No widzę, że popieprzeni Kaczyńscy solidnie wzięli się za Lecha Wałęsę. Mając w rękach tak silne narzędzie jakim jest niewątpliwie IPN nie będzie to trudne.

Szkoda tylko Wałęsy - legenda Solidarności znacznie ucierpi na tym nic nie znaczącym bełkocie pseudo-historycznym. Najbardziej przykre jest jednak to, że Polacy sami siebie niepotrzebnie dobijają i niszczą. Nie od dziś wiadomo, że postać Wałęsy znana jest na całym świecie. Leszek stał się marką Polski. Niestety zakompleksione kaczyńskie karły-niewydymki nigdy do końca nie mogły się z tym pogodzić. Będąc teraz u szczytu władzy z dumą rozprawiają się z każdym mniejszym bądź większym wrogiem. Bolek ten, Bolek tamten, a kogo to dziś kurwa obchodzi? A niech i będzie tym cudnym Bolkiem - a i na zdrowie! Nigdy nie było, nie ma i nie będzie ludzi bez skazy, ludzi idealnych. Krasnale i dobre wróżki istnieją przecież tylko w bajkach. Kurwica doprawdy dopada jak się widzi takie odgrzewane kotlety. Aż przykro patrzeć na to jak Polska ciągle tylko żyje przeszłością zamiast iść do przodu. A gdzie te stadiony, hotele i autostrady????

Rozliczymy!! - słychać do znudzenia

A to kurwa rozliczajcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Byle szybko!

zielony

W sobotę byłam na jakimś tam zielonym musicalu. Nie było tak źle. W sumie wieczór zaliczam do udanych. Dużo się działo i dużo wypiło – po musicalu oczywiście. Najgorsze jest to, że po kilku piweczkach ruszyłam dumnie na zewnątrz by zapalić papieroska. Od kilku dobrych lat nie palę toteż tym bardziej zdziwiła mnie ta niecodzienna zachcianka. Nie podniecając się jednak zanadto i nie rozmyślając, z dumą i żarem w oku rozpoczęłam palenie. Paliłam i paliłam. Potem znów paliłam. I nie byłoby tak źle gdyby nie pewien poniedziałkowy poranek… Rano, przed pójściem do pracy spojrzałam – co zdarza się niezmiernie rzadko - we własne lustrzane odbicie. Po chwili niedowierzania odskoczyłam jak porażona prądem i uciekłam z przerażeniem do pobliskiego pokoju. Moi drodzy, tak być nie może. Protestuję! Na mojej twarzy niczym na wypustkowej mapie świata (uwzględniającej największe wulkany) pojawiło się tysiące okazałych wyprysków i syfów nad syfami. Męczę się z nimi po dziś dzień i czekam cierpliwie aż mój nieprzewidywalny organizm wyrzyga do końca zawartość wszystkich substancji smolistych.

rakiety

Generalnie panuje tu, w Lądku, taka „zdrowa” moda na sport. Rano, przed pracą, tysiące ludzi dosiada z dumą swoje składaki i przywdziewa odblaskowe kamizelki. Panowie w garniturach, panie nierzadko w eleganckich spódnicach, zasuwają dziarsko do pracy na obdrapanych dwukołowcach. A jak! Czasem nawet pogoda nie ma większego znaczenia. Co tam ulewa, co tam błoto – ważne że na sportowo! Kto wie, może za rogiem na tutejszym „Wigry” spotkam szefową z pierwszego piętra.

Dziś piątek, więc moda na sport sięga niemalże zenitu. Od rana w biurze gorąca atmosfera i zagorzała dyskusja – kto, gdzie i jak będzie ćwiczył. I tak, szef ma zamiar co najmniej godzinę poświęcić dziś na siłowni. A kolega obok właśnie zadeklarował wieczorne biegi z narzeczoną. Ale najlepsze dopiero przed nami. Cudowny Jamie wpadł właśnie z wielką torbą obładowaną niemalże po brzegi…czym no czym? Rakietami to tenisa! I to nie jedną rakietą, a pięcioma!!!! Pytam więc z zaciekawieniem drogiego kolegi, po co mu tyle rakiet? Od dawien dawna wydawało mi się bowiem, że skłonność do przesady jest nieodzowną cechą kobiet. O on mi na to, że to tak na wszelki wypadek. Koleś wziął pięć rakiet do tenisa, tak na wszelki wypadek! No nic. Jak mawiają mądre dziadki – przezorny zawsze ubezpieczony. Ale moi drodzy – PIĘĆ RAKIET!!!!

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Panowie, tu się gra!

Przed sekundą skończył się mecz Polska – Chorwacja. Bez większej ekscytacji usiadłam grzecznie przed telewizorem z miską pełną czekoladowych groszków. Wiadomo było, że chłopcy jak zwykle dadzą dupy toteż nie chciało mi się nawet iść na górę po biało-czerwony szalik. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie, dłubiąc w nosie i spoglądając tempo w telewizyjny odbiornik. Tradycyjnie po kilku minutach oglądania miało się nieodparte wrażenie, że to jakiś nic nie znaczący brazylijski serial o kilku takich, co nie odróżniają prawdziwej piłki od dmuchanego balonu. Nasi jak to nasi – krew zalewa jak się widzi takich pseudo-buraków oderwanych granatem od przydrożnego kurnika. Tylko biedny Boruc grał za całą drużynę – to krzyczał, to wyzywał, to poganiał, a ci jak te kurwa…sama nie wiem, Barany jedne – przyszli sobie na wiejski wieczór rozgrywek pomiędzy kilkoma zagrodami. Jak to napisała Ola – żal dupę ściska – i doprawdy nie wiem czy chodziło jej o mecz czy o coś zupełnie innego – wiem tylko, że mi ściska jak widzę tę bandę biegających po boisku ćwoków i innych zdezelowanych doszczętnie cwelów.

Cóż, najwyraźniej Polska czeka na nowe pokolenie prawdziwych piłkarzy. I niech kurwa czeka! Ja poczekam!! Człowiek choćby i czekał lat 40 chętnie u kresu życia zobaczyłby prawdziwy, dobry, WYGRANY polski mecz.

Najbardziej mi szkoda naszych kibiców. Wydają ostatnie grosze na koszulki, szaliki, czapki, flagi i inne narodowe rekwizyty. Śpiewają co sił w głosie, kupują kuriozalnie drogie bilety, zarywają noc, biją się z kibicami przeciwnych drużyn i po co? Kurwa po co, pytam??? Żeby dnia następnego, wymalowani jak wielkanocne pisanki, wyjść przed całym światem na mega frajerów. I nawet namalowana na twarzy flaga, co rano była jeszcze powodem do dumy, zaraz po przegranym meczu jest jakby trochę przerysowana, trochę za bardzo widoczna.

Ale prawdziwy kibic się nie podda. O nie. I jak będzie trzeba weźmie sprawy w swoje ręce. No bo jak nie piłkarze, to kto? Jak trzeba będzie to się zabije Webbera, bo źle sędziował (oczywiście strzału Guerreiro ze spalonego nikt już z nas zdawał się nie zauważyć), po załatwieniu angielskiego arbitra wpierdoli się innym kibolom i reszcie świata, a na zakończenie wręczy naszym złoty puchar i bukiet biało-czerwonych róż.

A tymczasem niech chłopaczki wypoczną, bo strasznie się przemęczyli. Biedaczyska jedne.

Polska! Polska! Polska!

Oh przepraszam - zmiana repertuaru: Już za 4 lata już za 4 lata...!

czwartek, 5 czerwca 2008

łzy

Łzawią mi oczy. Z braku słońca, z braku snu, z podenerwowania, z powodu brudnych szkieł kontaktowych… Moje kochane czerwone okulary umarły – połamały się i leż ą teraz bezczynnie w pięknym granatowym, błyszczącym futerale. Ich przedziwny pogrzeb odbył się w poniedziałek 2008 roku. Było pięknie i kolorowo. Zaproszono wielu nieproszonych gości.

wtorek, 3 czerwca 2008

sąsiad-pojebek

Zmieniam mieszkanie. Klamka zapadła. Sąsiad-pojebek doprowadza mnie do białej gorączki. Zamienił mój dom w prawdziwe piekło. W weekend (wczoraj, dziś, codziennie) znowu była huczna impreza. Oczywiście tradycyjnie - do białego rana. Pod koniec, sąsiad-pojebek pobił się z własym bratem wyzywając przy tym pozostałych domowników. Jego "piękna" konkubina nie zwracając najmniejszej uwagi na to co się dzieje w jej własnym domu, rechotała przeraźliwie na schodach ogrodu, dolewając sobie raz po raz a to wina, a to wódki. A najgorsze jest to, że na to wszystko musiała patrzeć jej kilkuletnia córka - przerażona i zarazem wykończona kilkunastogodzinną imprezą. Biedna, mała, rudowłosa dziewczynka i jej śliczny beżowy piesek.

Czego więc mogę życzyć moim sąsiadom? hmm....
No więc na początek:

"Życzę wam frajerzy, żeby na moje miejsce wprowadziła się para świetnie zbudowanych gejów-kulturystów, która rozpierdoli ten cały wasz imprezowy pierdolnik. Sąsiadowi-pojebkowi życzę, aby ktoś w końcu porządnie mu wpierdolił, tak by z jego nędznej japy zniknął wreszcie ten idiotyczny frajerski uśmiech, który to niemal codzinnie wprawia mnie w stan permanentnego wkurwienia. Jej - nędznej i rozlazłej konkubinie, przypominającej wielkiego ciągnącego się do ziemi gluta życzę, żeby narszcie zrozumiała jak wielką krzywdę wyrządza swojej córce. Mam też wielką nadzieję, że ich "słodziutka" przyjaciółeczka dostanie nagle zakażenia pęcherza, które wyleczy całkowiecie dopiero w wieku lat 80".