wtorek, 27 maja 2008

zachmurzenie

Wróciłam. Znowu tu jestem. W mieście deszczu, wiatru i niepogody. Jeszcze w samolocie popatrzyłam zza chmur na skąpaną w słońcu Warszawę, by jak najdokładniej zapisać ją w mojej dziurawej pamięci. Widziałam brzydkie domy, wyboiste drogi i szarobure polne drogi. Machałam w myślach do mamy, przytulałam mocno tatę i drogą telepatii mówiłam do brata, że ma się pilnie uczyć i rzucić w końcu palenie, które jeszcze bardziej wysysa jego szczupła i młodziutką twarz.

Wspaniale było widzieć Was w sobotni wieczór…

środa, 21 maja 2008

konserwanty

W piątek wpadam do Polski.

Zaczerpnąć świeżego powietrza.

Odchamić się i odstresować.

Porozmawiać w moim języku.

Pośmiać się i może pograć w piłkarze.

Zjeść coś bez konserwantów i sztucznych barwników.

środa, 14 maja 2008

Daniel W.

Siedzę na tarasie i myślę.
Myślę jak tu zabić czas i uwolnić się od nieznośnej muzyki sąsiadów.

Piję.
Piję, bo jak nie ma szybkiego rozwiązania to trzeba zabić problem, przygłuszyć go i zatłuc procentami. Od razu. Bez zastanowienia. Myślenie z poprzedniego akapitu wykreślam zatem i zabijam.

Dziś w nocy śnił mi się Daniel Witek. Siedział koło mnie na fotelu i uśmiechał się słodko do wszystkich wokoło. Widziałam go potem w metrze, ale szybko się zawinął. Nie zamieniliśmy ani słowa.

Daniel nie żyje. Zginął w wypadku 2-3 lata temu. Nie pamiętam dokładnej daty. Przepraszam. Wiem tylko, że go już tu nie ma. Umarł.

sobota, 10 maja 2008

Galapagos

Mam już zaklepany bilet do Polski. Do domu. Wpadam co prawda na kilka dni, ale cieszę się jak dziecko. Moje Kozienice, moja Warszawa, mój dom!

I nie Hawaje i nie Wybrzeże Kości Słoniowej, czy Galapagos, a Polska właśnie!

Powinnam sprawić sobie koszulkę z napisem: Nie mówię szeptem, gdy mówię skąd jestem. Ale to już zadanie dla mojego Mazura ;)

nic

Mój piątkowy dzień minął, umarł i odszedł w zapomnienie. Piątek do następnego piątku. Poniedziałek do następnego poniedziałku. Papieros do następnego papierosa. Butelka wina do następnej, cudownej bordowej butelki…

Wstałam o 6.40. Przeanalizowałam dokładnie Pudelka, obejrzałam odgrzane Fakty, ubrałam się i umyłam. Na koniec wypiłam jeszcze kubek ciepłej pobudzającej kawy i zamknęłam za sobą drzwi mojej angielskiej przystani. W pracy jak to w pracy, na górze byli już niemal wszyscy. Każdy zajęty swoimi sprawami, każdy wpatrzony w ekran monitora. Tylko Oli tradycyjnie kręcił się na swoim ukochanym krześle – raz w jedną, raz w drugą stronę. Odliczał zapewne godziny dzielące go do weekendu. Zresztą wszyscy byliśmy już jedną nogą tam…Pytasz: gdzie? W miejscu, czasie, gdzie słowo NIC nie ma innego znaczenia. Nic to nic. Nie robi się nic, albo jak wolisz, robi się NIC. Kocham słowo: nic.

Nic nie robienie

środa, 7 maja 2008

tamtejsza

Od trzech dni chodzę niewyspana. Wkurwia mnie dosłownie wszystko: baba na ulicy w pięknych czerwonych szpilkach, koleś któremu widać gacie za sprawą „modnie” spuszczonych spodni, a nawet starsza pani potykająca się co chwila o własne nogi. Nie spałam cholerne trzy dni, a wszystko to dzięki moim „ukochanym” sąsiadom, którzy ostatnio w pełni wykorzystują sezon grillowi-ogródkowy zapraszając codziennie setki tysięcy znajomych. Oprócz popierdolonych angoli muszę dodatkowo na własne uszy przetestować ich nowe stereo i możliwości wielkich srebrno-podobnych głośników. Na poważnie zaczynam zastanawiać się nad zakupem broni czy innych materiałów wybuchowych. W pół śnie wyobrażam sobie jak zgrabnie i bezszelestnie wpadam do mieszkania sąsiadów, wbijam się na sam środek imprezy i ostrzeliwuje zebranych z moździerza czy też, w wersji light, rozjeżdżam imprezowiczów pancernym czołgiem. Już nie mogę. Jestem na skraju wytrzymałości. Ale staram się trzymać fason. Dziś w pracy o mały włos nie usnęłabym przed kompem. W akcji desperacji zapisałam na lodówce numer do Noisy Patrol i innych dziwacznych brytyjskich jednostek wyszkolonych do walki z hałasem. Rozmawialiśmy również z tutejszą policją – ci ostatni radzili zachować spokój i prowadzić regularnie dziennik imprez.

Podtrzymuję zdanie, że angole są popierdoleni.

Aha oprócz popijaw i głośnej muzyki jestem również regularnie wyzywana przez moich wspaniałych brytyjskich „przyjaciół” zza ściany. A to, że z Polski, że nie z UK, że nie tutejsza, a tamtejsza….