Od trzech dni chodzę niewyspana. Wkurwia mnie dosłownie wszystko: baba na ulicy w pięknych czerwonych szpilkach, koleś któremu widać gacie za sprawą „modnie” spuszczonych spodni, a nawet starsza pani potykająca się co chwila o własne nogi. Nie spałam cholerne trzy dni, a wszystko to dzięki moim „ukochanym” sąsiadom, którzy ostatnio w pełni wykorzystują sezon grillowi-ogródkowy zapraszając codziennie setki tysięcy znajomych. Oprócz popierdolonych angoli muszę dodatkowo na własne uszy przetestować ich nowe stereo i możliwości wielkich srebrno-podobnych głośników. Na poważnie zaczynam zastanawiać się nad zakupem broni czy innych materiałów wybuchowych. W pół śnie wyobrażam sobie jak zgrabnie i bezszelestnie wpadam do mieszkania sąsiadów, wbijam się na sam środek imprezy i ostrzeliwuje zebranych z moździerza czy też, w wersji light, rozjeżdżam imprezowiczów pancernym czołgiem. Już nie mogę. Jestem na skraju wytrzymałości. Ale staram się trzymać fason. Dziś w pracy o mały włos nie usnęłabym przed kompem. W akcji desperacji zapisałam na lodówce numer do Noisy Patrol i innych dziwacznych brytyjskich jednostek wyszkolonych do walki z hałasem. Rozmawialiśmy również z tutejszą policją – ci ostatni radzili zachować spokój i prowadzić regularnie dziennik imprez.
Podtrzymuję zdanie, że angole są popierdoleni.
Aha oprócz popijaw i głośnej muzyki jestem również regularnie wyzywana przez moich wspaniałych brytyjskich „przyjaciół” zza ściany. A to, że z Polski, że nie z UK, że nie tutejsza, a tamtejsza….