Dziś spotkałam w metrze czarnego jezusa. Stał w moim wagonie grożąc palcem każdemu, kto tylko się na niego spojrzał. Chyba mnie nie dostrzegł, stałam za daleko obserwując go ukradkiem przez ramię pięknej Azjatki. Miał pomarańczową kurtkę i strasznie pogniecione spodnie. Wyglądał żałośnie, ale miał w sobie coś dziwnego i przerażającego. Wykrzykiwał, że go zawiedliśmy, że miał inny plan i że daje nam ostatnią szansę. Ludzie słuchali go w skupieniu i kompletnej ciszy. Ze spuszczoną głową pochłanialiśmy wulgarny wykład na temat naszej ludzkiej niedoskonałości i ułomności. Każdy, kto tylko do końca wysłuchał jego słów w pokorze wychodził z pociągu analizując po drodze każde słowo czarnego boga. Jeśli wierzysz w jego istnienie, kto wie może to był właśnie on. Dla mnie był tylko prawdomównym popieprzonym do bólu wariatem…
Ooo tak mnie naszło… kurde zagrałabym w klasy. Nie grałam z 18 lat!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz