W sobotę byłam na jakimś tam zielonym musicalu. Nie było tak źle. W sumie wieczór zaliczam do udanych. Dużo się działo i dużo wypiło – po musicalu oczywiście. Najgorsze jest to, że po kilku piweczkach ruszyłam dumnie na zewnątrz by zapalić papieroska. Od kilku dobrych lat nie palę toteż tym bardziej zdziwiła mnie ta niecodzienna zachcianka. Nie podniecając się jednak zanadto i nie rozmyślając, z dumą i żarem w oku rozpoczęłam palenie. Paliłam i paliłam. Potem znów paliłam. I nie byłoby tak źle gdyby nie pewien poniedziałkowy poranek… Rano, przed pójściem do pracy spojrzałam – co zdarza się niezmiernie rzadko - we własne lustrzane odbicie. Po chwili niedowierzania odskoczyłam jak porażona prądem i uciekłam z przerażeniem do pobliskiego pokoju. Moi drodzy, tak być nie może. Protestuję! Na mojej twarzy niczym na wypustkowej mapie świata (uwzględniającej największe wulkany) pojawiło się tysiące okazałych wyprysków i syfów nad syfami. Męczę się z nimi po dziś dzień i czekam cierpliwie aż mój nieprzewidywalny organizm wyrzyga do końca zawartość wszystkich substancji smolistych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz