Muszę przyznać, że zmiana mieszkania mi służy. Przybrałam trochę na wadze, zmieniłam nieco kolor włosów i zaczęłam palić na balkono-tarasie. Co istotne – polubiłam nawet moich sąsiadów. I tych z góry i tych z prawej. I choć dotychczas nie zamieniłam z nimi ani słowa, muszę przyznać, że darzę ich czystą i niczym nie skażoną sympatią.
Wewnętrznie również jestem nie do poznania. Moje odchyły są teraz bardziej proste niż krzywe, a psychika zmierza w kierunku równowagi i błogiego spokoju. Czego więc można chcieć więcej?
Na pracę również nie mogę narzekać. Wszyscy są dla mnie raczej wyrozumiali niż wymagający – chociaż zauważyłam ostatnio lekkie ciśnienie. Muszę ciągle i wciąż pracować nad moim techniczno-telekomunikacyjnym słownictwem. Czasem mam wrażenie, że to jak głową w mur, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że walczę z tym jak mogę. Codziennie po pracy zasiadam grzecznie do komputerka, wstukuję nowe słówka i powtarzam do usrania i zesrania. Gadam i gadam i wbijam do tej pustej opornej głowy zdania, frazy i inne słowne dziwolągi. Zauważyłam jedną prawidłowość – na 20 nowych słów jestem w stanie zapamiętać może ze dwa. Nie wiem kurwa, nie wiem, no jest to – przyznam – trochę zniechęcające. Ale powalczę. Nie można się tak ciągle tylko poddawać.
A z nowości…hmm… chyba nic ciekawego. Aha wczoraj w parku (w parku jadam obiady) dosiadł się do mnie bezdomny i przedstawił mi swojego psa o imieniu „Koń”. Warto podkreślić, że Koń miał może ze 20cm i osobiście przypominał mi bardziej szczura albo królika, no ale nie mnie to oceniać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz