Denerwują mnie moje włosy. Nie chce mi się ich myć, czesać a nawet wiązać. Wkurzają mnie do granic wytrzymałości. Obetnę je! Zetnę choćby zaraz, domowymi nożycami albo kuchennym nożem. Koleżanka ma mnie dziś zapisać do Vincent’a, który jak sama mówi, jest niesamowitym fryzjerem. Imię Vincent kojarzy mi się z Edwardem Nożycorękim albo innym dziwolągiem, ale pójdę i zaryzykuję. Do stracenia mam tylko włosy, a w najgorszym wypadku głowę, ucho, nos… No nic, czas spróbować. Nie chcę dłużej wyglądać jak mop do podłogi.
Właśnie gotuję marchewkę.
Nadal pracuję jako wolontariuszka i nadal nie mam porządnej pracy, ale też jakoś szczególnie jej nie szukam. Jestem taka leniwa. Mogę spać 24 godziny na dobę i nadal czuć wielkie zmęczenie. Szkoda, że nie można testować łóżek, myślę, że w tej roli czułabym się co najmniej spełniona. A tak czekam, egzystuje i jestem. Dobrze chociaż, że raz w tygodniu zbieram się w sobie i pomagam innym. To mnie podbudowuje i w pewien sposób motywuje do dalszego działania.
Ale żeby tak o sobie całkiem źle nie pisać, dodam na koniec, że złożyłam papiery na studia. Niestety wysłałam je… po terminie więc pewnie nic z tego nie wyjdzie, chociaż jakaś tam nadzieja pozostaje. A że nadzieja matką głupich…
Marchewka ugotowana. Teraz zrobię sobie kawę. A co!