piątek, 22 października 2010

drzwi

Wszystko mnie wkurwia. Znowu się zaczyna. Ja pierdolę!
Za to że w mojej kuchni, na mojej patelni, praży się i tęży drobno pokrojony czosnek. I śmieje się, i śmierdzi! niech spierdala...

Wkurwia mnie, że ta się znowu odchudza. Je i piecze te swoje nisko kaloryczne gówno. Cuchnąca stęchlizna w wersji „Light”. I ciągle pyta i ciagle kurwa mnie pyta:

„Aja, czy ty dziś jadłaś? A co? Jedz! Zjedz coś... jedź” Sama kurwa jedz!

Wkurwia mnie słodzik, a nie cukier. Kupiła ostatnio słodzik w jasno-jebnym opakowaniu. Wkurwia mnie ten słodzik strasznie.

Wkurwia mnie waga. Ustawiła ją w łazience i się kurwa waży. Wciąż i ciągle. A przez to i ta waga waży mnie – we śnie, za dnia – waży i się kurwa jarzy, że mnie waży.

I ten jej jogging mnie wkurwia. Wstaje rano i biega, a potem wraca zjebana potem i patrzy. Patrzy, że ja nic. Że nie biegałam tylko ruszyłam lewą nogą. I to za dużo.

Wkurwia mnie, że nie wiem co dalej robić. Ciągle kurwa nie wiem.

I że nie mam siły. Nie mam kurwa siły
by wyjść

trzasnąc drzwiami

i już nie wrócić