- Hej ty! Z Polski jesteś, co? Jak masz na imię?
- Słucham?
- No jak masz na imię?
- Nie ma mowy, nie powiem
- No powiedz. Lecę za tydzień do Argentyny. Polecisz ze mną?
- Nie
- Ojciec kazał mi tu przyjechać, tu no wiesz… do Londynu. Ojciec od 30 lat produkuje woreczki śniadaniowe. Mam się nauczyć angielskiego i przejąć interes.
- Woreczki śniadaniowe? Jakie znowu woreczki?
- Heh no wiem głupio to brzmi, nikt nie wie co to dokładnie jest. No kurde woreczki śniadaniowe. Jestem z Kołobrzegu. A ty skąd jesteś?
- Z Warszawy
- Hmmm… Gdzie jedziesz?
- Nie twoja sprawa?
- No powiedz. A gdzie byłaś? Pogadajmy trochę
- Nie mam za bardzo ochoty.
- Powiedz chociaż jak masz na imię.
- Ewa
- Ewwaa…hmmm… Ładnie!
- Ewa, słuchaj a może…
- Wiesz co, kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, idę, wychodzę i spadam ok?
- Ok… Czekaj! A mógłbym Cię pocałować?
- Co?! Nie!
- No Ewa tylko raz… Obiecuję! No a jak byśmy się znali 2 miesiące to byś mi pozwoliła?
- Nie!
Wyszła. Normalnie trzasnęła by drzwiami, ale drzwi same zamknęły się z hukiem. I metro odjechało z frajerem na pokładzie i fabryką woreczków śniadaniowych do przejęcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz