Pierwszy raz pomyślałam o niej naprawdę mając zaledwie 5 lat. A wszystko to za sprawą rybki Klaudyny, którą pewnego dnia znalazłam martwą w moim nowym, czyściutkim i pachnącym akwarium. Klaudyna unosiła się bezwładnie przy powierzchni wody wpatrując się tępawo w nowo zakupionego glonojada Jeremiego, który niczym nie wzruszony kontynuował „czyszczenie” szyb. Początkowo myślałam, że Klaudyna tylko udaje żeby mnie rozbawić albo w najgorszym wypadku zdenerwować, ale kiedy następnego dnia nadal pływała do góry brzuchem pomyślałam, że czas zasięgnąć matczynej opinii. Na diagnozę nie trzeba było długo czekać. Po krótkich oględzinach, mama stwierdziła zgon rybki. – Klaudynka umarła kochanie. Poszła do nieba – powiedziała smutno i wzięła mnie na ręce. – Tak to już jest na tym świecie, na wszystko przychodzi czas – dodała po chwili milczenia. Początkowo nie za bardzo rozumiałam, co mama tak naprawdę miała na myśli. Wydawało mi się, że skoro Klaudyna poszła do nieba to znaczy, że najprawdopodobniej już wkrótce znowu do nas wróci. A z drugiej strony jak mogła pójść skoro fizycznie nadal była w moim akwarium – no tego już pojąć nie mogłam. W końcu, po kilkugodzinnym wpatrywaniu się w Klaudynę, albo raczej w to co po niej zostało, zrozumiałam, że moja pomarańczowa rybka odeszła, umarła i zasnęła na zawsze.
Nigdy więcej już nie ujrzałam Klaudyny.
Klaudyna umarła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz