Wrócłam w końcu z mojej wymarzonej wyspy. Po tygodniu urlopu czuję się jak po intensywnym kursie nurkowania w jakimś podwodnym świecie o unienormowanym cieśnieniu. Jestem wykończona. Snuję się bezwładnie po domu albo zawieszam wzrok w nieznamym mi kierunku. Od tygodnia czuję się..hmm… właściwie nie wiem jak się czuję. Ola pewnie zabiłaby mnie za to „nie wiem”, którym dręczyłam ją podczas całego pobytu. Bo jak tu komuś opisać jednym słowem, potworny ból głowy z migotaniem obrazu i zawrotami głowy. Dość trudno. Czuję się jak w przysłowiowej dupie, zupełny brak kontroli nad własnym ciałem. Sytuacja pogarsza się wieczorami i w małych zamkniętych pomieszczeniach – mam wtedy wrażenie, że ściany podąrzają w moim kierunku by za chwilę runąć mi na głowe. Sny – zupełny odjazd, jak po grzybach, same koszmary, dziwne twarze powykrzywiane i zapadnięte. Mikstura powojennych horrów z szatańskim balem maskowym. Meksyk.
Zaprzyjaźniony pan lekarz postawił dość zabawną dla osób trzecich diagnozę: śladowy oczopąs i zachwianie błędnika. Ma minąć po lekach.
Na razie nie mija. Boję się.
My śl o mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz