Wczoraj zadzwoniła znajoma i zaproponowała kawę. Wyjrzałam przez okno - wiało, lało, gwizdało... A jednak zebrałam siły, umalowałam rzęsy i ruszyłam w stronę metra. Spotkałyśmy się na Oxford Street - to chyba najgorsze miejsce na Ziemi - szczególnie w okresie przedświątecznym. Nie można było się przecinąć - cały Londyn przecież akurat wczoraj musiał kupować prezenty! Angole obładowani papierowymi torbami wypchanymi jak balony biegali jak szaleni.
Koleżanka czekała grzecznie przed kawarnią rozmawiając przez telefon i jednocześnie machając do mnie porozumiewawczo. Pani K przyjechałam do UK z Czech razem z chłopakiem. Jest prześmieszna, ma podobne poczucie humoru i co najważniejsze ma do Angoli i całego tego k.. taki sam stosunek jak ja. Komunikujemy się po angielsku - pani K wymiata jak sie masz - czasami tylko gdy brakuje nam słów posługujemy się czymś w rodzaju "polczech". Nawet nie wiedziałam, że to takie podobne języki. Chociaż oczywiście czasem można się nieźle pomylić. Ale to już dla wtajemniczonych.
P.S. Niestety wszystkie kawiarnie były zajęte przez wypchane torby zakupowe i inne papierowe opakowania dlatego też udałyśmy się od razu do pubu. A tak chciałam wypić kawę! ;) buhahaha
poniedziałek, 3 grudnia 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz