czwartek, 29 października 2009

bez składu i ładu

Na początku było nas osiem, może nawet dziesięć. Sama już nie wiem. Liczę, myślę, a tu raz po raz wychodzi zupełnie inna liczba. Dodaję, odejmuję, mnożę i dzielę. Potem znowu sprawdzam. I nic. I wielka czarna dupa. Dlatego nie ma się co przejmować, nie ma co się przemęczać. Napiszę po prostu, że było nas koło dziesięciu. Poznałyśmy się jeszcze w liceum, tapir na głowie, modne w tym czasie kurtki „puchówki”, gęba nie od parady i różne charakterki. Ta siaka tamta owaka, ale w sumie zawsze razem i po jednej stronie barykady. Dobre liceum, w centrum pięknej i jednocześnie szaro-mdłej stolicy.
Papieros w wymalowanych ustach, wylakierowane do granic możliwości włosy przypominające pancernik albo w najgorszym wypadku stalowy garnek z uczelnianej stołówki. Piękne, modne i powabne. Takie właśnie byłyśmy. A teraz? Nie ma co narzekać. Teraz jesteśmy po prostu inne. Nie gorsze, nie lepsze ale inne, bardziej zmodyfikowane, bardziej dorosłe, takie nowobogackie matki Polki – z jedną nogą tam z jedną już tu.
Z dziesiątki, zostało nas może z sześć. Reszta nie zdała egzaminu poprawkowego z przyjaźni i innych pierduł i popierdół. Za to my – te co się ostały – kochamy się ponad miarę – oczywiście w granicach rozsądku i zdrowego pożycia przyjaźnianego.

Od dwóch lat mieszkam w Londynie, mieście powszechnie rozumianej tolerancji i szacunku do innych kultur. Przyjechałam tu nie za chlebem, nie dla przygody ale z miłości. Tak, śmiej się lub nie, właśnie z miłości. Skrzydła czerwono – różowego uczucia zaprowadziły mnie właśnie tu, do Londynu. On uroczy pracoholik dostał tu swoją wymarzoną posadę informatyka fanatyka ze skłonnością do przesady i siedzenia po nocach przed komputerem. Przyjechałam, spakowałam walizki, spakowałam dotychczasowe życie i oto jestem. Przed twoimi drzwiami, bez planów, bez postanowień, bez grosza przy duszy, bez niczego, ale za to bezgranicznie szczęśliwa bo dla kogoś. Oczywiście tak było kiedyś, teraz jest teraz, czyli tymczasowe zawieszenie próżniowo-strychowe wypełnione głuchą pustką i mnóstwem pytań do samej siebie: po co to było? Ale nie ma co się zadręczać, nie ma co przesadzać, krótkie wakacje lekarstwem na wszystkie problemy mózgowe myśleniowe. Więc przyleciałam. Jestem. W naszej kochanej Polsce, gdzie Zachód styka się ze Wschodem, gdzie wszystko nabiera kształtów i wypełnia się odpowiednimi kolorami, a na niebie wisi biało-czerwona chorągiew trzymana przez Chrystusa i całą jego pobożną elitę. Tu Wałęsa, tu Jan Paweł II, tu ktoś tam i tam ktoś tam. Więc módlmy się i zachwalajmy cały katolicki naród, bo tylko on zostanie zbawiony. Tak tak, nie ma się co czarować Alicja Tysiąc spali się w piekle, a te co poszły w jej ślady będą się smażyć na patelni z masłem orzechowym. Oczywiście ja nie mam z tym nic wspólnego, ja umywam ręce i całym sercem popieram nauki przed małżeńskie. Szczególnie te weekendowe, gdzie współżycie przed ślubem równa się obcowanie z szatanem, a prezerwatywy i inne takie nie dopuszczą mnie do zbawiennych niebieskich wrót raju przed którymi Bóg rozlicza nas ze wszystkich złych uczynków. Boska tablica z plusami i minusami wisi dumnie nad głowami polskiego społeczeństwa. Każdy w strachu, każdy przerażony, a Pan patrzy i oblicza ile za ile przeciw...

Brak komentarzy: