piątek, 6 września 2013
Do Ciebie
Jedno się nie zmieniło.
Nie ma takiego dnia, którego bym o Tobie nie myślała. Jesteś zaklęty w każdej sekundzie, minucie i godzinie. W nocy jesteś na ścianie, lodówce i na nocnej szafce. Wspomnienia tego czego nie da się wymazać tkwią w każdym przedmiocie i w każdej komórce mojego nieustannie starzejącego się ciała. Rozmawiam z Tobą i zwierzam się z każdej myśli. Wiesz o mnie wszystko… no prawie wszystko. Fizycznie nieobecny, ciągle w sercu. Myslisz, że to się kiedyś zmieni? Może życie znów wywinie nam psikusa i postawi jak dwa pionki w jednej linii, na jednej niewidzialnej ścieżce życia? Coś się nieźle spierdoliło i tak naprawdę ciężko ustalić kiedy, gdzie i dlaczego? Ty, bo ciągle pogrążony w pracy zapomniałeś gdzie jest granica, siedząc tyłem, wiecznie odzielony ekranem komputera od całego świata i przede wszystkim ode mnie. Wiecznie zabiegany, wiecznie nie tam gdzie trzeba i na pewno nie tam gdzie ja. Ciągle na telefonie, pisząc maile, w drodze do pracy, na czacie… po, na i w trakcie. Ja gdzieś z boku, niewidzialna, pomijana ale w jakiś tam niezydentifikowany sposób ważna.
Nauczyłeś mnie wiele, dużo Ci też zawdzięczam. To jaka jestem dziś jest wynikiem tego jak mnie ukształtowałeś, jak ukształtował mnie nasz wieloletni związek. Tyle wspomnień, tyle wspólnych chwil które dzień w dzień wracają z porywająca siłą rażenia. Każde wakacje, święta, wspólne imprezy, przebawione wesela znajomych migają mi nieustannie przed oczami. Jak niekończący się film.
Czas miał to wszystko wyleczyć, a tymczasem on gra mi na nosie I przywołuje wszystko ze zdwojoną siłą.
Leżę w łóżku i wiem że ty też o mnie myślisz. Widzę twoje oczy, widzę je bardzo wyraźnie. Wstaję, przemywam twarz wodą… teraz idziemy warszawską starówką. Ubieram się, jedziemy do Kozienic, jest zima, ulice pokrywa gęsty grudniowy śnieg. Wybija północ a ty wracasz z tatą z pasterki. Jest ciemno, w mieszkaniu panuje zupełna cisza, wszyscy pogrążeni są w głębokim śnie. Myję zęby… wracasz z pracy. Zmęczony czekasz aż odgrzeję Ci obiad. Winda – jesteśmy u moich rodziców, jemy wspólne śniadanie. Otwieram drzwi.. trzask, krzyk i spakowane walizki. Kartony czekające przy wyjściu… niedopowiedziane zdanie. Wszystko szybko, migiem, za mgłą, w oddali.
Potem znikasz, ja znikam i pustka. I znów cisza.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz